czwartek, 29 stycznia 2009

tyle.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

burn baby burn.

Tego roku w moim terminarzu, którego nie mam, pojawiły się już dwa wpisy "wesele". Cieszę się miłością państwa młodych, ale równocześnie rodzi się obawa: ja mam tańczyć? się spocić w tańcu? Bardzo czarny scenariusz i niestety ponadnormatywna ilość trunku wysokoprocentowego (wiadomo jakiego) zapewne go nie wybieli, jak to się dzieje w większości podobnych przypadków. Ponoć mój rodziciel i kilku chłopów z rodziny mieli z tym problem aż do czasu, gdy nagle coś w nich pękło (a raczej się złożyło) i obracali panny na weselach oraz zabawach. Ja niestety wciąż czekam na ten moment... Ona jeszcze bardziej.

Tymczasem spacam (pocę się okresowo, cyklicznie) się li tylko w autobusie. Końcówka stycznia a ja mokry jak wieprz, którego na ubój wiozą. Egzekucja trwała symboliczne osiem minut a jej skutek poznam w końcu tygodnia. Mam nadzieje tylko, że nie śmierdzę "perfinem" o smaku bezdomnych z mieszkaniem, gdyż specjalnie wcześniej wstałem by się wypachnić.

The Trammps - Disco Inferno

środa, 21 stycznia 2009

sesja?

Teraz już rozumiem o co chodzi, kiedy ktoś mówi: "Nie mam czasu, sesja się zaczęła". Do tej pory, a jest to moja siódma sesja, nie odczuwałem jakiegoś przesadnego napięcia związanego z tą zmorą studentów. Nigdy nie spędzałem zbyt dużo czasu przed książkami a okres ten traktowałem jedynie jako czas wzmożonej użyteczności długopisu. Tym razem jest inaczej - dziwnie. Czuję, że muszę się jakoś specjalnie przyłożyć, gdyż to moje pierwsze egzaminy w nowej uczelni, ale z drugiej strony mam przeświadczenie, że wszystko będzie w porządku i staram się zachowywać zimną krew. Wydaje mi się, że w pewien sposób rozszyfrowałem ukryty sens cytatu z pierwszego zdania. Niby sesja się zaczęła, ale przecież nigdy nie ma tyle nauki, żeby nie wykroić kawałka wolnej chwili. Tak się mówi by wszyscy wokoło uważali cię za pilnego studenta. Niemniej, teoria wysunięta została z osobistych doświadczeń i może nie do końca być zgodna z ogólną rzeczywistością, choć nie sądzę, żeby wszyscy byli tacy pilni. Nie sądzę... W każdym razie życzę wszystkim czytającym to studentom szczęścia i powodzenia a pozostałym zainteresowanym, żeby nikt nie negował ich ciąży.

Mam bardzo miłe wspomnienia z tym utworem, więc polecam, gdy nadchodzi trudny czas.

środa, 14 stycznia 2009

środek.

Czyżby już nastąpił mój mentalny upadek? Środek tygodnia a moim dylematem było: wziąć piwo, czy może wino. Piątkowe aktywności z pewnością spędziłyby mi sen z powiek a tak byłem znieczulony i nawet nie było mi dane wysłuchać do końca ulubionej audycji "Kochaj się długo i zdrowo". Skupiam się teraz mocno i nie jestem w stanie przytoczyć żadnego z problemów merytorycznych. Pamiętam tylko panią, która zadzwoniła z wyrzutami, że poprzednia rozmówczyni nie umie się wysławiać, porównała jej mowę do jęku zwierząt i... została rozłączona przez prowadzących. Czyżby panował tam tak niski poziom słownictwa? Z mojego kilkumiesięcznego doświadczenia słuchowego wynika, że niekoniecznie. A może chodzi tylko o to by ktoś dzwonił a w jaki sposób się wysławia to już jego problem? W radiu tak jak w życiu - jedni mówią lepiej, inni gorzej. W ostatecznym rachunku największe znaczenie ma to, żebyśmy się dogadali. Bez pretensji i wyrzutów.
Dzisiejszy przykład po raz n-ty pochodzi z autobusu, ale w odmiennym charakterze. Był wnet kwadrans po dwudziestej drugiej. Autobus stał na przystanku z wyłączonym silnikiem. Wewnątrz, oprócz nas, było dwóch innych pasażerów. Czas odjazdu wyznaczony przez rozkład jazdy mijał. Jeden z pasażerów zbulwersowany opóźnieniem podniósł lament. Najpierw swoje słowa skierował do współpasażera, który skonstatował fakt przedłużonego postoju. Wtem pierwszy z nich zdobył się na odwagę i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę kierowcy. Głośne napomnienia powtarzane dwukrotne nie dały rezultatu. Dopiero dotyk bezpośredni ramienia osoby uprawnionej do kierowania pojazdem silnikowym, jakim jest autobus poskutkował. Okazało się, że cep zasnął. Po zbudzeniu poczuł się w obowiązku i czym prędzej zapuścił silnik i ruszył. Współczuję tym, którzy jechali do ostatniego przystanka, bo całkiem prawdopodobne, że kierowca mógłby ponownie przysnąć... Takie ważne w naszym życiu jest słowo.

Piersi - Bolszewicy na mszy

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Dirty dancing - i wszystko jasne. Piękna muzyka, prawdziwa muzyka. Na finałowej scenie płakałem. Nie rzewnymi łzami, ale oczy miałem mokre. Wiem, że mając tyle lat ile mam powinienem był tą pozycję zaliczyć już dawno temu, ale jakoś się nie składało.


niedziela, 11 stycznia 2009

brzydka fala.

Umęczon Prawem pożądania nie umiałem prędko zasnąć, zacząłem się zastanawiać jak to jest być homoseksualistą. To znaczy... nie, że ja chciałbym być. Ciekawym jest jak czuje się facet całujący faceta. Pewnie tak samo, jak ja gdy całuję dziewczynę. To miły scenariusz. Gorzej jeśli ktoś odkrywa swoje preferencje "po czasie". W sensie: do dziewiętnastego roku życia lubi dziewczyny a później przypadkowo w tramwaju jego usta spotykają się z ustami innego mężczyzny. I czuje oświecenie. Czy winić za to przewoźnika? Wina to złe słowo. Naumyślnie podałem przykład z mężczyznami, gdyż w społeczeństwie, pewnie nie tylko polskim, istnieje jakieś większe przyzwolenie na miłość lesbijską. Dwie kobiety idące ulicą za rękę nie budzą takiego obrzydzenia, natomiast dwóch facetów od razu wyzywanych jest od pederastów, tych co się "pie****ą w dupę" (opinia zasłyszała w TOK FM a wydana przez fanatyka RM). Dochodząc do meritum, którym jest właśnie Radio Maryja chciałem napisać, że gdy go nie słucham to jestem całkiem przyjaźnie nastawiony, ale wystarczy tylko ustawić (nie)odpowiednią falę i dowiedzieć się prawdy. Ks. Piotr po godzinie 24 obraża Polaków twierdząc, że mają "wodę zamiast mózgu". No cóż, ksiądz też może być nienormalny. Do tego ci wtórujący mu słuchacze. Wysyłają płyty z rodzinną muzyką, błogosławią go oraz słuchaczy z innych miast, zapraszają na spotkania opłatkowe - pieprzone towarzystwo wzajemnej adoracji. Niektórzy to mają takie parcie na eter, że próbują się dodzwonić poprzez linię zarezerwowaną dla zagranicznych słuchaczy, lecz rzetelność nie pozwala księdzu przyjąć takiego połączenia... Rzuciłem słuchawkami i szczęśliwy zasnąłem.

sobota, 10 stycznia 2009

zemsta.

Zabili mi kuzyna. Na jego własnym ślubie. Byłem świadkiem i znam ludzi, którzy nasłali na niego te ścierwa. "Małych" już nie ma, ale do zniszczenia tych, którzy są za to odpowiedzialni muszę się przygotować. Muszę to zrobić zanim Mallorie wypłacze sobie oczy. Pierwsze, co zrobię to odpocznę. Jestem przemęczony, za dużo na siebie biorę...
Zaraz po ceremonii udaję się na zasłużony odpoczynek. Chociaż moje łóżko nie jest szczególnie wygodne to rozprostowane na nim kości zaczynają boleć z radości. Przespałem równe 12 godzin. Mam gdzieś śniadanie - muszę opracować plan ataku. To jest teraz najważniejsze! Pierwsza rzecz, która jest mi niezbędna, by zakończyć sprawę z powodzeniem to uzbrojenie. Znam miejsce, gdzie w spokoju mogę się zaopatrzyć w to i owo. Wsiadam do auta, rozkoszując się muzyką Dona Ray. Docieram do sklepu i już w progu wiem, co kupię. Absolutnie konieczną kamizelkę kuloodporną, M16 do celów średniego dystansu i karabin snajperski, by trafić dokładnie tam gdzie chcę. Wydałem trochę za dużo, ale to wszystko ku czci kuzyna a nie chcę też żebym z powodu jednego brakującego magazynka musiał do niego dołączyć... Mój amerykański sen musi trwać. Jestem już odpowiednio wyposażony, mogę ruszać dalej. Wtem dzwoni L. J. z informacją, że namierzył kogoś z ekipy oprawców mojego kuzyna i każe przybyć na Koresh Square. Nie oszczędzam wozu, by dotrzeć tam jak najszybciej. Jacob już na mnie czeka. Niestety obiekt się spostrzegł i zaczęli do nas strzelać. Zachowujemy zimną krew, gdyż ci dwaj mają nas doprowadzić do Pegorino i Dimitrija, zatem nie mogą zginąć. Pościg trwa zbyt długo, coraz trudniej jest mi utrzymać nerwy na wodzy. Wreszcie docieramy do starego kasyna, gdzie zaszyły się te szczury. Oczywiście nie są sami i nad ich bezpieczeństwem czuwa cała zgraja tępaków. Nie stanowią dla mnie problemu, ponieważ ich szef poskąpił kasy na pożądne wyszkolenie. Kiedy wszyscy już dogorywają docieram do wnętrza i na moich oczach rozgrywa się niespodziewana scena. Dimitri zabija Pegorino. A miałem to zrobić osobiście! Trudno, ważne, że ma to, na co zasłużył. Ruszam za tym drugim, na dach. Spotyka mnie przykra niespodzianka - szumowina wsiada na pokład śmigłowca. Biorę tyłek w troki i ile sił pędzę, aby go dorwać. Niestety, ostatnie co mi pozostało to płozy. Dimitri nie jest głupcem, nie ryzykuje, bo wie, że nie ma najmniejszych szans w starciu ze mną. Dla swojego bezpieczeństwa zrzuca mnie... do wody. Debil zostawił za sobą zacumowaną motorówkę i zdaje się, że jest to jedyny sposób, żeby nie straciś go z oczu. Pytanie: gdzie Jacob? Tym dziadowstem w życiu nie dogonię helikoptera - co robić, co robić? Oho, jest mój czarnoskóry przyjaciel. W śmigłowcu wyższej klasy, niż ten, którego wrak chciałbym zobaczyć...

piątek, 9 stycznia 2009

miodnie.

Co u mnie? Same katastrofy. W Wigilię 2008 po raz pierwszy, jak mi się na początku wydawało, zgubiłem Moją Kartę ING z samodzielnie przygotowanym wzorem. Naturalną koleją rzeczy było jej zablokowanie i jednocześnie pożegnanie się z jej unikalnym wizerunkiem. Spokojnie, jest Wigilia trzeba się radować. Wtem idąc po schodach na uroczystą kolację świąteczną w zakamarkach okładki na dokumenty znalazłem tę zasmarkaną kartę, kosztującą 15 złotych a wartą 1/5 tej ceny. Niestety już było po ptokach, bo zablokowanej karty nie da się ponownie uruchomić. Nie poddałem się jednak i dwa dni później zamówiłem kolejną, tym razem z jeszcze bardziej niecodziennym outlookiem. Wszystko fajnie, przyszła i po raz kolejny jest wykonana, za przeproszeniem, dupiato. Jednak radość mnie rozpierająca sprawiła, że czym prędzej zapragnąłem jej użyć w bankomacie. W pierwszym podałem niepoprawny pin (to on nie jest taki sam jak poprzedni?), ale idąc za ciosem wpisałem ten sam pin, lecz już w innym bankomacie. I na tym przygoda się skończyła, gdyż wredna maszyna sobie ją przywłaszczyła. Miła, młoda pani w okienku powiedziała, że za trzy dni znów ja zobaczę. Zobaczymy...
A z innych nieszczęśliwych przypadków to utraciłem chwilowo telefon. Oddałem do serwisu, gdyż wystąpiła mało uciążliwa usterka, ale jeśli gwarancja jeszcze w mocy to postanowiłem skorzystać. Wszystko fajnie, ale na pytanie kiedy odbiór pan odpowiedział: "Nie wiadomo". Jak nigdy zabrakło mi słów i odszedłem... Daję im dwa tygodnie - więcej i tak nie mają.
Pilnujcie telefonów, bo dzisiaj niewinnej dziewczynie w 820 ukradli jeden. Taka było rozdygotana, z ledwością łzy powstrzymywała. Dobrze, że miała wsparcie w koleżance, która załatwiła za nią formalności. Ręce miałem związane z powodu bycia nieszczęśliwym abonentem Oranż, jak to powiedziała jedna z pasażerek.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

1.

Ups. Blog ma już okrągły rok. Wypiłem za niego piwo, niech mu się dobrze wiedzie.

3.2.

Wreszcie wziąłem się za sprawdzenie swojej teorii, która powstała mniej więcej wtedy, gdy do telefonów komórkowych wmontowano "aparaty cyfrowe" o rozdzielczościach od dwóch megapikseli w górę. Clue teorii była niemożność dorównania klasycznym aparatom cyfrowym przez te komórkowe. Po pierwsze przewagą tych pierwszych miały być fizycznie większa matryca (czyli to, na co trafia obraz zza obiektywu) i oczywiście samo istnienie tegoż obiektywu, który to w telefonie zredukowany jest do kawałka szkła, a może i plastiku.
Do testów posłużyły dwa urządzenia: telefon Sony Ericsson K770 z serii Cyber-Shot, czyli tej zorientowanej na robienie zdjęć oraz kilkuletni już aparat cyfrowy Canon A510. Poddałem je próbie w czterech kategoriach, niestety bez portetu, co pewnie ma spore znaczenie, ale akurat byłem w tej chwili samotny.

Pierwsza kategoria to makro w pomieszczeniu. Oba urządzenie fotografowały w tym właśnie trybie.

Zdjęcie pierwsze to K770, drugie A510 - i tak już będzie to końca. Telefon ze względu na optyczną ułomność nie potrafi zagwarantować takiej głębi ostrości jak aparat, ale moim zdaniem zdjęcie nim (telefonem) wykonane ma ładniejszą barwę, bliższą naturalnej. Z kolei drugie zdjęcie jest bardzo zimne. W oryginalnej rozdzielczości można zauważyć szum spowodowany podbiciem ISO, lecz problem występuje jedynie na zdjęciu pierwszym. Sądzę zatem, że pojedynek w tej kategorii winien zakończyć się remisem.

Druga kategoria to krajobraz. Niestety nastała okrutna zima i widok za oknem nie jest zbyt zdywersyfikowany.

Właściwie nie widać różnicy, jedynie w gorszym odwzorowaniu koloru różowego na zdjęciu pierwszym, które pochodzi z telefonu. W takim wypadku, jeśli nie widać niekorzystnych cech na rzecz komórki, zostaje ona zwycięzcą tej kategorii. Zaczyna się to, czego niestety się obawiałem... Niemniej poczekajmy do końca porównania.

Nie ma sensu dalej tego ciągnąć. Na kolejnym przykładzie (pomieszczenie, światło naturalne) można zauważyć, że w zasadzie różnic nie widać. Oczywiście mowa o rozmiarze oryginalnym, bo po pomniejszeniu zdjęcia są wręcz tożsame...


Niestety moje przypuszczenia się potwierdziły i teoria została lekko pochylona, gdyż o przewróceniu nie może być mowy. Przewaga w postaci możliwości zmiany ogniskowej, ręcznej zmiany ostrości i flash to niezaprzeczalne zalety. Pomimo, iż test nie do końca to wykazał wciąż uważam, że komórki jeszcze nieprędko dogonią cyfrówki i wojna na ośmiomegapikselowe (?) matryce prowadzi donikąd. A może to donikond to matryca w formacie FX? Czas pokaże. Można porozważać samemu w domu.

czwartek, 1 stycznia 2009

2oo9.

Cyberpunk, mana potions, healing chamber, ex'pienie, czyli noc sylwestrowa.