środa, 30 grudnia 2009

szał mast szoł.

Lubisz tłok, ocieranie się, spędzanie w kolejkach 2x30 minut? Wybierz się do pierwszego lepszego centrum handlowego. Spotkasz tam na pęczki takich maniaków jak Ty! Możecie sobie tam robić burdel, bo przecież we własnej szafie nie wypada. Jeśli zapomnisz skąd wziąłeś ten sweter to się nie przejmuj. Rzuć go na stertę ze spodniami. Przesypuje się? Żaden problem. Przecież na podłodze jest miejsca pod dostatkiem. Jakieś inne atrakcje? Można poczuć się niewidocznym. Jeśli staniesz w miejscu, gdzie akurat wiszą najciekawsze szmaty, jednocześnie grodząc dostęp do nich, to dziewczyny, które i tak nic nie kupią podepczą cię tylko po to, żeby tych szmat dotknąć. Czyli ogólnie jest wesoło. Oczywiście dla tych, którzy lubią tego typu rozrywki. Może są jakieś obniżki, ale komu by się chciało szukać? Tak się zastanawiam: jak to możliwe, że w ciągu normalnego miesiąca (nazwijmy go zwykłym) w sklepach jest regularna liczba klientów. I nagle w okresie między Bożym Narodzeniem i Sylwestrem w marketach pojawia się tysiąc zombie, które chcąc kupić tylko jedną rzecz przychodzą akurat w ten czas, żeby oszczędzić te parę złotych. A ile to nerwów kosztuje? Ja myślę, że by się taki Tallahassee przydał...

czwartek, 24 grudnia 2009

122409

Dziadek Mietek (znany też jako Meniu) od kilku dni ma do przejścia zagwozdkę. Chce wygrać dużą kasę w konkursie (chyba) Amino. Musi tak zsumować liczby by dały pełną kwotę do wypłaty tj. 1000, 2000, 3000, itd., do 10000. Niestety pomimo zapisania obliczeniami całego kalendarza ni w ząb nie wychodzi. Brakuje jednego "ślipka", to znowu o dziesięć za dużo. A w reklamie wszystko tak pięknie wygląda... Wkładasz zupę do koszyka i już. Ten, kto nie spróbował niech żyje w nieświadomości. Ja, w tym wypadku jako człowiek oświecony (czytaj student), zapragnąłem wziąć udział w tej jakże trudnej łamigłówce, po części licząc na jakiś mały procent od ewentualnej wygranej. Pomimo wielu prób i prawie godzinie spędzonej na obliczeniach nie znalazłem prawidłowego rozwiązania, choć cały czas wierze, że ono tam gdzieś jest - zapisane na kartach historii. A czemu o tym piszę akurat teraz? Chciałem przedstawić jeden ze sposobów na spędzenie wolnej chwili w oczekiwaniu na Wigilijną kolację przy świecy. Może komuś się przyda w przyszłym roku. Aha - my z dziadkiem jesteśmy na czasie jeśli chodzi o modę i oboje przywdzialiśmy kolor electric blue. Żeby nie było.
Dziś dostałem tyle esemesów, że głowa mała. W ciągu ostatniego kwartału tylu nie odebrałem. Nawet od osób z którymi mam kontakt... żaden? Bardzo ciekawie ludzie się zachowują tym świątecznym okresie. I cóż tu począć... Odpisać - nie odpisać? Ja z własnej woli raczej nie jestem skory do klecenia tekstów typu "wesołych, spokojnych", ale jak już ktoś się wysilił i do mnie piękne życzenia wysłał to sądzę, że w dobrym tonie jest na nie odpisać w jakikolwiek sposób. Tak też zrobiłem. Zatem siedzącej Pasterki.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

o ptakach.

Ulubione pytanie wszystkich nauczycieli (i uczniów) brzmi: "co miał na myśli poeta?". Ja także mam swoje wspomnienia z tym jakże kluczowym pytaniem ludzkości. W podstawówce/gimnazjum tego typu problemy nie dawały się zbytnio we znaki, pamiętam tylko dłuższe utwory literackie. Natomiast w liceum to ho, ho... Język polski, przysypanie w pierwszej ławce o ósmej rano i nagle, jak grom z jasnego nieba, pada osobista prośba o doszczętna interpretację wiersza. Dopiero wtedy świtała mi myśl, żeby spojrzeć w tekst. Oczywiście było to bezcelowe, bo i tak za cholerę nie miałem pojęcia czym kierował się autor, o czym myślał pisząc te farmazony. Temperatura mojego mózgu (nawet tej półkuli, która do tego typu działań nie jest potrzebna) sięgała zenitu i próba wykrztuszenia choćby analizy (kto by tam myślał o interpretacji) kończyła się zawsze głośnym "Nie! Źle." wylatującym płynnie z ust nauczycielki. Później w klasie panowała dziwna atmosfera - chyba wszyscy mi współczuli. Były to jeszcze czasy, kiedy słowo żal mi cię posiadało swoje pierwotne znaczenie - całkiem różne od dzisiejszego "jesteś żałosny". No cóż, w liceum jeszcze pałałem nienawiścią do wszystkiego co było książką. Lubiłem streszczenia i nawet całkiem nieźle wychodziłem na kartkówkach sprawdzających znajomość lektur. Ale do sedna. Dzisiaj przygotowałem dla Was wiersz (a może to ma i jakaś inna fachową nazwę) już z XVIII wieku, napisany przez Ignacego Krasickiego. Moja analiza wraz z swego rodzaju interpretacją pojawi się w późniejszym terminie a tymczasem można we własnym sumieniu z dziełem się zapoznać. Zapraszam serdecznie. Tytuł: Słowik i szczygieł.
Rzekł szczygieł do słowika, który cicho siedział:
"Szkoda, że krótko śpiewasz". Słowik odpowiedział:
"Co mi dała natura, wypełniam to wiernie.
Lepiej krótko, a dobrze, niż długo, a miernie".

niedziela, 20 grudnia 2009

pomsta?

Się obśmiałem. Nie brzmiało to jak apel a raczej jak kazanie. Ojciec prowadzący wygłosił na antenie mowę o tym, jaka to trudna jest sytuacja toruńskich mediów. Chodziło o Radio Maryja oraz telewizję Trwam. Podkreślił tragizm słowem nigdy. "Nasza sytuacja nigdy nie była tak poważna". Zwrócił się z prośbą do słuchaczy o wierną pomoc materialną. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek padło słowo pieniądze. Bardzo sprytnie. Swoją drogą jak to możliwe, że taki przedsiębiorczy ojciec Dyrektor doprowadził do sytuacji, że muszą się prosić o pieniądze... Miłym zagraniem było odczytanie osób, które rozgłośnie wspomagają. Z imienia i nazwiska, a nawet miejscowości. Gdy padło Radzionków (!) to aż mną zatrzęsło... Tak blisko mnie. Toż to prawie jak ja bym wpłacał. To wszystko jest bardzo dobrze przygotowane. Śmiem twierdzić, że dostają kasę od każdej osoby, która do nich zadzwoni. Bywa tak, że dzwonią ludzie z samymi pozdrowieniami, właściwie oprócz "pozdrawiam ple ple ple..." to nie mają nic do powiedzenia. I telefony się urywają. Nawet górale z Chicago dzwonią, panocku. Zakopane pozdrawiają. A ojciec prowadzący zna imiona caluśkiej Polonii w juesej. Kilka tygodni wcześniej usłyszałem taki slogan: "Słuchasz, oglądasz, ale czy pomagasz?". Także ostrożnie, bo sąsiad może podkablować. "Dzięki wielkie".

wtorek, 15 grudnia 2009

taka prawda.

To już przechodzi ludzkie pojęcie. Cokolwiek to znaczy... Inteligentny: okej, fajnie. Z tym się mogę ostatecznie zgodzić, ale założę się, że to jakaś dziewczyna napisała. Wstydliwy? Jak sobie tą cechę przypasuję do kogoś w moim wieku to mi się wspomina przedszkole lub nawet żłobek. "Natalciu, chodź do Mikołaja. Nie chcesz? Oj, Natalcia się wstydzi". Bo co to znaczy, że ktoś jest wstydliwy? W wieku studenckim można by to porównać do wyjścia na środek sali i pokazanie brzucha, dużego. A przecież nikt o zdrowych zmysłach tego nie zrobi. Zatem albo wszyscy jesteśmy wstydliwi, albo to słowo jest nieadekwatne. Cichy: pewnie osoba, która to pisała miała na myśli małomówność. Zbyt rzadko otwieram usta w porównaniu do tego ile bym mógł, bądź ile ona oczekuje, żebym otwierał. Wnioskuję, że to też napisała dziewczyna. Uczciwy: cóż, czasem się małe kłamstewko zawieruszy, ale generalnie samo sedno. Piąta cecha niestety pozostaje niezidentyfikowana, ale to na pewno napisał Romek (poznaję po piśmie) a więc nie ma się czym przejmować. No i na zakończenie nieśmiały: czy ja naprawdę jestem postrzegany jako tak nieśmiały? Co bym musiał zrobić, żebyście mi odpięli tę łatkę? Najlepiej na najbliższych zajęciach pocałuję jakąś dziewczynę. W usta. Ku uciesze całej grupy. Będę prześmiały. Zrobię to dlatego, że na karteczce o powierzchni 19 centymetrów sześciennych pojawiły się wręcz dwie tożsame cechy a oprócz tego ubliżono mi w ten sposób parę dni wcześniej. W twarz. Winni zawsze się znajdą. Tego "odzywaj się" już nie skomentuje, bo ręce opadają...

poniedziałek, 14 grudnia 2009

czyli?

Daj dziecku zobaczyć czekoladowego Mikołaja a na pewno coś głupiego z nim zrobi. Ot chociaż ubrudzi podłogę okruchami kubraka świętego... Tak czy owak, gruby jegomość nie był gwoździem wieczoru. Ja bym uznał za meritum zjedzenie przez męską część świty papryczki chili, czy co to tam było. Przyswojenie 1 μm (mikrometra) tegoż warzywa miało opłakane skutki i już mieliśmy dzwonić po pogotowie, gdy z pomocą przyszło mleko - niestety nie z laktacji. Zaszła pożądana reakcja chemiczna i mogliśmy kontynuować biesiadę. Co prawda nie ma prohibicji, ale mając wzgląd na zgorszenie pewnych grup mogę polecić inny wytwór rozwoju technologii. Pizzę z Lidla. Bodajże za jedyne 5,99 zł brutto. Pyszna jak włoska a nie niemiecka. Dla wrażliwych jest też wersja wegetariańska, tak jakby to salami i szynka były prawdziwe... Ponieważ była to pierwsza noc po sromotnej porażce Najmana musieliśmy podjąć temat. Inaczej być nie może. Abstrahując od tego, że owe wydarzenie średnio przypominało walkę, nawet w formule MMA, gdyby przeciwnik "najsilniejszego człowieka świata" nie był zwykłym krzykaczem byłoby na co popatrzeć. Chociażby przez jedną pełną rundę. A tak Pudzianowskiemu zapaliła się lampka bij a leć i skończyło się jak się skończyło. Żenua! No nic. My tej śnieżnej nocy podjęliśmy też inny temat, o wiele bardziej skomplikowany. Czy mając pistolet (naładowany i w pełni sprawny) wystrzeliłbyś do kogoś, kto jest oddalony od Ciebie o 10 m (metrów), zmierza w Twoim kierunku celem pozbawienia Cie życia? I nie chodzi o strzał w nogi, lecz w tułów bądź głowę. Ludzie przesiąknięci grą w FPS-y nie zastanawialiby się długo, jak sądzę. Odpowiedź zostawiam Waszemu sumieniu. Aha, koledze który tak miło mnie ugościł serdeczne Bóg zapłać. I wpuść tą kolędę, Roman...

poniedziałek, 7 grudnia 2009

przyszyta kołdra.

Była swego czasu na koloniach i obozach moda na przyszywanie do łoża części pościeli. Nie pamiętam czemu miało to służyć, ale pewnie jak większość tego typu żartów było tylko źródłem śmiechu. Albo sypanie soli na prześcieradło. Ubaw po pachy a w zasadzie to mocz... I teraz: jest taki film, po którego obejrzeniu ma się ochotę zrobić te dwie wspomniane czynności na raz. Bez niczyjej pomocy, z własnej woli. Paranormal Activity, bo tak zwie się to dzieło, to film bardzo niskobudżetowy, ale za to konta jego twórców jak sądzę bardzo się rozszerzyły. Ten kto oglądał Blair Witch Project będzie zadowolony. I proszę się nie zniechęcać tym, że przez pierwsze 50-60 minut w zasadzie nic się nie dzieje, tak jak i w przypadku historii o wiedźmie z Blair, ale ten kto oglądał to wie, że ciarrry były. Teraz też są, oj są. Nie wiem na jakiej zasadzie takie filmy się opierają, ale zawsze włosy dęba mi stają. Wszystkie, wszędzie. I nie trzeba nic rozumieć, bo to przecież nie Wojna Polsko-Ruska...

piątek, 4 grudnia 2009

taka grypa.

Tyle się teraz mówi o epidemii świńskiej grypy a ja jeszcze ani razu nie widziałem, żeby ktoś na ulicy konał z tego powodu. Wszyscy chodzą jak trzeba. Raz tylko przechodzący Pan Policjant zapytał "czy leżał, tam na dole, jakiś mężczyzna?". Jednak nie łudziłbym się, pewnie i tak chodziło o jakiegoś alkoholika, który pomylił obsrany trawnik z miękką pościelą w domowym zaciszu. Zatem jak mówią polscy Niemcy: keine Panik. Z kolei ja jestem ciężkim świadkiem innej odmiany grypy a mianowicie niedźwiedziej (robocza nazwa bear flu, a czasem nawet beer flu). Objawy nie są zbyt skomplikowane i by stwierdzić obecność bakterii u przybranej osoby nie trzeba posiadać habilitacji a można ją stwierdzić nawet jednym okiem. Otóż osoba taka śpi. Permanentnie. Nie tak, że idzie i zasypia, bo dopóki jej miednica jest w płaszczyźnie prostopadłej do podłoża dopóty osoba taka nie reprezentuje sobą osobniczego przypadku niedźwiedziej grypy. Sytuacja diametralnie się zmienia kiedy delikwent położy się na podłożu płaskim (na innym zresztą trudno by było). Wręcz błyskawicznie jego źrenice zwężają się a powieki zamykają w tempie gilotyny i nawet huczna aktywność środowiska zewnętrznego nie jest w stanie powstrzymać tychże objawów. Grypa ta nazywana jest także beer flu ponieważ osoby będące nosicielami wirusa tych dwóch odmian przejawiają podobne zachowania a nazwana została ona niedźwiedzią, gdyż jest ściśle związana z porą roku jaką jest zima i rytuałem niedźwiedzi brunatnych czyli zapadaniem w sen zimowy. Mamy tutaj także potwierdzenie, że człowiek od zwierzęcia jednak się różni, ponieważ niedźwiedź na zimę legowisko sobie przygotowuje a człowiek z niedźwiedzią grypą byle gdzie się walnie i śpi...

niedziela, 22 listopada 2009

wyj.

Byliśmy z Justyna w Operze Śląskiej na Aidzie Verdi'ego. Kiedy pierwszy raz usłyszałem ten głos już wiedziałem, że trudno będzie mi wysiedzieć do końca. Do pierwszej przerwy trochę się dłużyło, istotnie, ale później zaczęli tańczyć w obcisłych strojach i to było ciekawiej a rzekoma druga przerwa okazała się być już zakończeniem. Podziękowaliśmy wyjc... aktorom gromkimi brawami. Tak czy inaczej "najciekawsi" byli ludzi na widowni. Bardzo miły starszy pan siedzący za mną nieustannie kopał mi w oparcie i dostawałem szewskiej pasji. Czemu ja zawsze muszę mieć pecha w takich miejscach? Z kolei państwo obok tak się rozsiedli, że nawet gdy ktoś chciał przejść do swojego miejsca to nie raczyli się podnieść i dawali sobie deptać po butach. Gratuluję. Jednak opera nie dla mnie. Moim koledzy podzielają moje zdanie...

sobota, 14 listopada 2009

jak sie nadzywasz?

Ja to sobie myślę, że dziecko powinno same sobie nadawać imię w czasie kiedy już będzie miało jakieś zainteresowania i będzie czyimś fanem. Niestety takiej możliwości póki co nie ma i rodzice muszą sami zmyślić mu imię między innymi po to, żeby w szpitalu pielęgniarki nie pomyliły dzieci (a może pomyliły) i urząd stanu cywilnego mógł zgarnąć kasę za rejestrację (założenie konta na ich domenie). Jeśli już przyszłoby mi wybierać wstępnie mam dwa typy: Dorthe i Quentin. Pierwsze pasuje do dziewczynki w każdym wieku, dlatego nie miała by tego za złe rodzicom a drugie bo... jest kozackie. Oczywiście moje pomysły zostały z marszu odrzucone i musiałem przedstawić takie imiona, które nie będą brzmiały dziwnie (?) podczas chrztu, kiedy to młodzież w wieku 21/23 lat wyśmiewa się z imiona bogu ducha winnych dzieci. Bogdan - miało być dla dziecka kuzynki, ale oczywiście jej też się nie spodobało, więc zostanie dla mnie. Bogdan brzmi tak mądrze a jak już dziecko z tym się kojarzy to jego przyszłości jawi się w mocnych barwach. Poza tym Bogdan Czabański. Byłby w jakimś stopniu od maleńkości rozwinięty ruchowo. Żałuję, że nie nazywam się Janusz, ale zawsze moje dziecko może. Z kolei to imię nie kojarzy mi się z konkretną osobą, lecz z kimś grubszym (w sensie z dużym brzuchem). A według mojego osądu jak ktoś jest grubszy to jest zdrowy. Oczywiście grubszy w granicach rozsądku. Grubszy od chudszego, którego wiatr przewraca. Poza tym, już tak na siłę, można by Janusza podciągnąć pod nieistniejącą już Polską Partię Przyjaciół Piwa, za pośrednictwem niejakiego Janusza W. - kabareciarza. Kiedyś myślałem o Andrzeju, ale teraz jak sobie wyobrażę, że wołam przez okno 'Andrzejku, chodź na obiad' to wydaje mi się to bardzo obraźliwie, jakby wołane dziecko było niedorozwinięte a to przecież nie zależy od imienia. Nic nie poradzę, że tak mi się to widzi zatem Andrzej w pierwszej turze również odpada. To wszystko jest tylko potwierdzeniem wcześniejszej tezy, iż dziecko powinno same sobie imię wybierać. Koniec, kropka.

wtorek, 10 listopada 2009

być?

Być alkoholikiem cztery razy w miesiącu? Czyżby to był życiowy dylemat? Ze względu na tryb życia wykluczam bycie alkoholikiem częściej niż tylko raz w tygodniu, w dni wolne od pracy, a więc weekendy. Kilka dni wcześniej, przed feralnym piątkiem/sobotą już wiem co będę robił. A dzisiaj mamy piątek i nie zanosi się, żeby ten weekend był weekendem alkoholika. Dużo wpływ na moją abstynencję ma fakt, iż bardzo się przyzwyczaiłem do luksusu jakim jest samochód. Właściwie to po godzinie 18 nie chce mi się nigdzie wyjeżdżać czymś innym niż samochód. Do tego pechowe okoliczności, że zawsze ja muszę kierować a to wyklucza spożycie. Nie będę hipokrytą i otwarcie przyznam: lubię sobie wypić. Jak to się mówi "nie wygląda" a przecież akurat do tego sportu nie trzeba wyglądać. Serdecznie zapraszam na degustacje...

wtorek, 3 listopada 2009

sen snem...

Kiedyś miałem taki sen: śniło mi się, że w Škodzie Superb w drugim rzędzie jest więcej miejsca na kolana niż w nowym Mercedesie klasy E. Byłem dziennikarzem motoryzacyjnym, bardzo zafrapowany tym faktem. Czułem się w społecznym obowiązku by coś z tym fantem zrobić. Jak wiadomo, różnica w cenie tych dwóch modeli jest dosyć... znacząca. O ile pamiętam wpadłem na pomysł, żeby skompromitować producenta Superba, gdyż uważałem taki stan rzeczy za przejaw nieuczciwej konkurencji. Miałem nawet jechać do Mladá Boleslav celem złożenia skargi. Było to zupełnie irracjonalne zachowanie, bo przecież to z Mercedesem jest coś nie tak, że za takie pieniądze pan prezes musi sobie obciążać kolana ze względu na brak miejsca na nie. Nie pamiętam jak ta sprawa się zakończyła, bo najpewniej obudził mnie budzik. Z cała tą historią w żaden sposób nie wiąże się temat masturbacji. Noo, może troszeczkę, ale jeśli chodzi o jej damską odsłonę to już na pewno nie a ja właśnie chciałem o niej troszeczkę napisać. Być może kogoś skłoni do refleksji... Był taki telefon: po drugiej stronie słuchawki pani bardzo napalona, bez żadnego mężczyzny u boku. Dziwne rzeczy działy się z jej psychiką, nie umiała się skupić, na bilbordzie zamiast "pierz" widziała "pieprz". Pierwsza rada była taka, żeby pani znalazła sobie chłopa, ale oczywiście jak to baba zaczęła wybrzydzać, że ten niedobry, tamten owaki a poza tym ona nie jest dziwką (ujęte mniej dosadnie). Radzący specjalista zapytał o masturbację. Pani wybuchnęła śmiechem. Jak dla mnie śmiech ten skrywał tajemnice, choć pani się zarzekała, że nic i podała jakieś powody, oczywiście dla doktora niewystarczające i zalecił jej trening. Sądzę, że jedną z przyczyn, które odsuwają przytoczoną panią od masturbacji jest "potem będzie mi tak dobrze samej, że nie będę potrzebowała faceta a co gorsza nawet gdy będę go miała to nie będzie on potrafił doprowadzić mnie do pełni szczęścia". No cóż, już takie skomplikowane jest nasze życie. Faktycznie, lepiej siedzieć z założonymi rękami i czekać na księcia z bajki, który rozwiąże problem. Moim zdaniem tamta pani powinna jednak wziąć sprawy w swoje ręce. Dosłownie. Aha, wszelkie przemyślenia proszę zachować dla siebie, ewentualnie można się nimi ze mną podzielić poza tym medium jakim jest Internet. A dlaczego te dwie sprawy (miejsce z tyłu i ipsacja) znalazły się w jednym kotle? Bo książę ma dużo miejsca na swoim białym rumaku.

niedziela, 1 listopada 2009

był trick.

Niby Halloween nie jest oficjalnym polskim świętem, ale przez większość społeczeństwa w wieku, powiedzmy, do 35 lat uznawane jest. Dlatego też wszem można spotkać plakaty informujące o "specjalnej" imprezie, na której miło widziane są wdzianka przebraniowe. Tego wieczoru my nie byliśmy przekonani do żadnego stroju a za to naszym motywem przewodnim był wieczór z muzyką drum and bass. W sławetnym Zanzibarze. Szczerze powiedziawszy trochę przereklamowany klub. Zjawiliśmy się tam za sprawą pana T., który uświetnił wieczór drumowym setem, od którego samego zainteresowanego rozbolała głowa. Didżeje w dzisiejszych czasach pracują w bardzo szkodliwych warunkach... Słuchacze dnb to bardzo specyficzni ludzie, jeśli chodzi o wygląd. W pewnym momencie balu (uznajmy go za kulminacyjny, gdyż wtedy właśnie towarzyszyło mi największe napięcie) spotkałem się wzrokiem z jednym z takich słuchaczy. Przez ułamek sekundy miałem serce w gardle i wcale nie pocieszał mnie fakt, że owa persona dzieli ze mną radość mieszkania na tym samym osiedlu. Speszony (taa, lekko posrany raczej) spuściłem wzrok i czekałem na dalszy ciąg wydarzeń. Wtem źródło krótkotrwałego stresu - w skrócie ŹKS - podchodzi do mnie, przedstawia się i informuje, że kojarzy moją facjatę... z osiedla oraz ucina krótką pogawędkę. Gdybym jeszcze miał czym to wypróżniłbym się ponownie, tak dla pełnego rozluźnienia. Mam n-ty dowód, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie. Po prostu się nie opłaca. Jakiś komentarz á propos dnb? "Nie wiedziałam, że to lubię"...

niedziela, 18 października 2009

copa osiem.

This car is 100% death proof. Only to get the benefit of it, honey, you really need to be sitting in my seat.

Miały być kręgle, ale jak to zwykle w weekend bywa wszystkie kręgielnie mają rezerwacje. Mądry Polak po szkodzie. Cóż innego z tanich rozrywek można wybrać o godzinie dwudziestej. Tytuł bloga już od miesięcy sugeruje, ale nigdy nie w kwartecie. Zatem trzeba było wpaść na jakieś inne rozwiązanie. Niedaleko pada kręgiel od kina i tam właśnie się udaliśmy. Męska część świty spuściła nosy na kwintę i jedyne co mogło nas uratować od komedii romantycznej to... Tarantino! O, dzięki ci. Taa, Bękarty Wojny. Na pewno nie jest to ani Pulp Fiction, ani Wściekłe Psy, ale ubaw był po pachy. Piszę całkiem poważnie: emocje wzbudzały pot pod pachami. Pitt udający włoski akcent i mlaskający Waltz poprzedzali salwy śmiechu na sali. I nawet nie słyszałem, żeby ktoś ciamkał wokół mnie. To jednak nie znaczy, że zacznę częściej chodzić do kina. Nie będę recenzował filmu, bo jest wart obejrzenia, polecam serdecznie. Był jeden mankament - nasze dziewczyny nie miały się gdzie wysikać po seansie. Zaproponowałem, żeby to zrobiły w samochodzie. Wtedy jeszcze nic nie zwiastowało tego, co miało się wydarzyć trzydzieści minut później... Jedziemy sobie tak spokojnie jak to tylko możliwe o godzinie 00:30 w ciepłą deszczową noc. Spokojnie a więc w moim ulubionym stylu nazywanym imieniem ś.p. Colina (McRae): zmieniając pas ruchu bez sygnalizowania, ścinając zakręty przez dwa pasy, nie zwalniając pomimo pieszych na pasach. Nagle, po mojej lewej, na wysokości przedniej osi pojawia się samochód. Błyszczący, czarny, majestatycznie sunie obok nas, nie przyspieszając nawet o 1km/h. Pozwala nam napawać się jego widokiem. I nie tylko jego. Także tych, którzy doszczętnie w nim siedzą. Ich poważne twarze nie spowodowałyby, że Twój wnuk się uśmiechnie. Wręcz przeciwnie - mina by mu zrzedła. Nawet my, którzy pieluchy mamy dawno za sobą w chwili, gdy ta piękna limuzyna wraz ze swoimi pasażerami po raz wtóry pojawiła się po naszej od serca stronie, zatęskniliśmy za czasami kiedy to bez pardonu mogliśmy robić w gacie... W mojej opinii, w pełni sprawny umysłowo człowiek dopiero za drugim razem pomyślałby, że ci oprawcy, którzy spowodowali dwukrotny wzrost naszego tętna są... No właśnie - kim? Co z tego, że łamali prawo jadać pod prąd i po części wyłączonej z ruchu skoro gdybym chciał mógłbym zmieść ich tani niemiecki dyliżans na proch. Wystarczyłby jeden ruch kierownicą. Ale ja taki nie jestem. Mając na względzie rodziny moich pasażerów postanowiłem zachować zimną krew i próbowałem się dowiedzieć dokąd zmierzamy, jak długo będzie trwał ten wyścig śmierci. Gdy znaleźliśmy się na długiej prostej wznoszącej się ku krzakom ich wycieńczone autko dało znak niebieskim lampami, że zarówno ono jak i załoga mają już dosyć tej nierównej gry. Kimże okazali się ci wytrwali zawodnicy? Stróżami prawa w ubraniach galowych, czyli prywatnych. Zapamiętałem tylko tyle: pani miała loki a pan jasnobrązową kurtę skórzaną, spod której wystawała kabura i niestety nie spoczywała w niej komórka... Ponoć dygotałem cały, ale to z zimna (bo to jednak chłodna noc była). Noo, może jeszcze z obawy, przed czymś tam... W każdym razie nie wręczyli mi żadnego karnetu z siedmiodniowym terminem ważności a jedynie pożegnali oziębłym "dobranoc". Ładna mi dobra noc.

czwartek, 15 października 2009

high heels.

Wysokie obcasy to na szczęście nie tylko tytuł dramatu Almodóvara. Dziewczyny często narzekają, że nie da się chodzić - za wysoki obcas, niestabilny, nogi bolą, kolana wysiadają. Chciałem pokazać, że są na świecie kobiety, które pomimo tych przeciwności zakładają buty na (wysokim) obcasie i dzięki temu stają się obiektem zazdrości oraz westchnień.





Źródło: jak & jil.

środa, 14 października 2009

lato - zima.

To już teraz tak będzie? Jeszcze liście z drzew nie opadły, zielone zwisają a wokoło już śnieg leży. To wszystko przez tych, którzy używają dezodorantów w szpraju, żeby ładnie pachnieć (nie teraz, nie potem). I jeszcze przez tych, którzy w swoich lodówach przetrzymują piętnaście mendli mięsa, kiedy to agregaty muszą pracować na pełnych obrotach. Tak czy inaczej współczuć można robotnikom ziemnym i sprzątaczkom. Tym pierwszym, ponieważ bardzo wymowny musi być ich wyraz twarzy, gdy budzą się skoro świt i widzą tony śniegu. Nie dość, że zimno to przez połowę szychty muszą się dokopywać do miejsca gdzie skończyli dzień wcześniej. Robota też wolniej idzie, bo więcej ogrzewacza trzeba w siebie wlać. A dlaczego sprzątaczki? One w przeciwieństwie do służb drogowych (rok rocznie zaskoczonych) muszą przez dzień cały mopem i ścierą wachlować. Gościec dopada 63% osób pracujących w tym niewdzięcznym zawodzie. Ja, z czystej empatii, chciałem te statystyki zmienić i zaoszczędzić pracy a było to tak: biały puch leciał z nieba i pomimo kpin z mojego parasola rozłożyłem jego piękne płótno nad mą głową. Wchodząc do pomieszczenia niczym dżentelmen złożyłem parasol i grzecznie chciałem strzepnąć zeń rozmokły śnieg. Wtem siła przyłożona do eleganckiego parasola okazała się zbyt duża, nity nie wytrzymały i kijek (bo jak się nazywa to część między rękojeścią a czaszą?) permanentnie się rozczłonkował. Do tego jeszcze odpadła jakaś plastikowa ozdoba. Gdyby nie tłum ludzi pewnie zacząłbym płakać nad złamanym a tak wziąłem szczątki pod pachę i ruszyłem w siną dal. Po ostatnim namaszczeniu parasol wylądował w pomarańczowym koszu. Pokój jego drutom. Jaki z tego morał? Chcesz pomagać musisz mieć porządny parasol. I przez taka pogodę będziemy więcej czytać, bo cóż robić gdy na podwórzu taka plucha. Czytajcie dzieci, czytajcie.

niedziela, 4 października 2009

zweitens.

Kiedy tydzień temu odebrałem telefon z zapytaniem o plenerową sesję ślubną moje serce zamarło... Zgodziłem się bez zastanowienia i dopiero jak odłożyłem słuchawkę zacząłem się martwić. Na szczęście spotkanie preselekcyjne rozwiało moje wątpliwości, odniosłem dodające otuchy wrażenie, iż Pan (już nie tak) Młody również jest dosyć sceptycznie do tegoż pleneru nastawiony. Tak czy owak nadszedł sądny dzień - niedziela, dokładnie trzy miesiące później po tym dniu. No co? Jedni robią dzień po a inni czekają na idealną pogodę nawet cały kwartał. Dni teraz coraz krótsze, więc zrywać się musiałem już o ósmej. Taka wczesna pora dla pracującego na popołudniowe zmiany to jak wyjść po bułki w waciaku a wrócić w podkoszulku. Czy jakoś tak... W każdym razie okazało się, że oprócz tego, że świeci słońce jest też bardzo wietrznie, co akurat sprzyjało Ich zamierzeniom. Po trzech godzinach w tym mrozie zaczęło się robić niebezpiecznie chłodno. I wcale nie chodzi o Pannę (już nie tak) Młodą, która to z gołymi ramionami biegała w ten ciepły lipco... październikowy dzień, ale o całą świtę zaangażowaną w to jakże skomplikowane przedsięwzięcie. Pobiegaliśmy jeszcze z misiami godzinkę i siup do wozu. Niemniej sesję można (ja też chyba mogę, nie?) zaliczyć do w miarę udanych. Teraz tylko czekamy któż pierwszy zgłosi się w przychodni po L4. Ja mogę poinformować, że o godzinie 21:08 miałem temperaturę ciała w okolicach 37,5°C. Ktoś da więcej?

sobota, 3 października 2009

refleksja?

Takie robactwo jak ty mi tylko brzydzi (...). Całe popołudnie tu śmierdzisz. A pysk to masz taki wredny, że tylko nim dzieci straszyć, śmierdzielu.

Jakże wielkie może być zdziwienie, gdy mając przed sobą młodą twarz i jeszcze nie rozciągnięty jak dziurawy balon znaleziony trzy dni po zakończonej imprezie biust on woli zająć się czymś, co w ostateczności nie przynosi radości a wręcz jest przyczyną zdenerwowania. Gra. Gra, której poziom jest tak żenująco wysoki, że chcąc ją ukończyć trzeba się wiekiem oraz siwizną posunąć o 10 lat. Sytuacja jest tym bardziej zaskakująca, iż on wie co w tamtej chwili jest lepsze i mimo to wybiera opcję mniej korzystną. W relacjach damsko-męskich de facto najważniejszy jest przedrostek damsko- i wyjątek stanowić mogą tylko informatycy, którym to komputer jest sterem i żaglem (?)... Oczywiście nie ma się na myśli żadnego z ulubionych programistów, gdyż to właśnie oni świecą dlań złotym przykład. Chyba został opętany przez demona rodu Chałubińskich. Choć to niedorzeczne, ponieważ górale, nawet urodzeni w Radomiu, wiedzą jak przystoi postępować wobec dziewuchy. Jest ci on już taki zgorzkniały przez tą robotę, cierpi na niedobór czasu wolnego należycie spożytkowanego. Wszak żadne to wytłumaczenie, prosi o łagodny wymiar kary a w dłuższym okresie czasu nagrodę, tę ulubiona - puchar pełen słodkiego nektaru, który pysznie cieknie po brodzie. To naprawdę sprawia radość. Tego nie ma ani w Ovi, ani w Android Market, dlatego też świetlana przyszłość przed wami. Chce być dobry i nie potrafi, cham nieskrobany...

czwartek, 24 września 2009

francuski.

Czemuż to zawsze jak wracam z pracy wieczorową porą przychodzą mi takie dziwne pomysły do głowy. Na przykład dzisiaj przemierzając bezkresne przestrzenie między garażami, wyścielone betonowymi płytami, których ułożenie chyba bardziej uzależnione jest od trzęsień tektonicznych w prowincji Syczuan niż od woli inżyniera, który nadzorował ich rozkład, wyobraziłem sobie następującą sytuację: przemierzam bezkresne przestrzenie między garażami, wyścielone betonowymi płytami, których ułożenie chyba bardziej uzależnione jest od trzęsień tektonicznych w prowincji Syczuan niż od woli inżyniera, który nadzorował ich rozkład i nagle na wysokości czwartego rzędu garaży słyszę okrutne jęki. Normalnie pomyślałbym, że to kochankowie namiętnie okazują sobie uczucie, ale hipoteza ta nie może być prawdziwa, gdyż nikt o zdrowych zmysłach nie robiłby tego w garażu, przy zapalonym świetle i otwartych na oścież wrotach. W płaszczyźnie wertykalnej zbliżam się do epicentrum, natomiast w horyzontalnej się oddalam, co nie pozwala rozwiać moich domysłów. Nagle z naprzeciwległego rzędu garaży rusza wprost na mnie dwóch zbirów z długimi przedmiotami w ręce. Ich krok jest dosyć stanowczy i jestem pewien, że nie trzymają w dłoniach flag wywieszanych z okazji obchodów 3-cio majowych. Czas zwalnia swój bieg i w umyśle pojawia się kolejne trudne pytanie, które nie ma dobrej odpowiedzi: bieg czy dach? Jak wybiorę pierwszą opcję to mogę się szybko zmęczyć i spocić, oprócz tego pognieść jakże ważne notatki na temat archiwalnych promocji. Pomijam fakt, iż panowie zrezygnują z pościgu, bo jest on tak prawdopodobny jak jutrzejsze opady śniegu w Miami. Dach? Okej, jakieś 2,5-3 metry wysokości. Z moim słusznym wzrostem raczej nie byłoby problemu z chwyceniem się krawędzi, ale...? Jeśli zabraknie mi adrenaliny by dynamicznie wciągnąć się na szczyt to spadnę z łoskotem wprost pod łakome razów buciory opryszków, bądź własnoręcznie ściągną mnie oni jak wszarza. Na tym etapie mój zegar się zatrzymał i stoi aż do teraz. Jestem pełen nadziei, że jak jutro będę tamtędy przechodził to zegar nagle nie ruszy a ja będę musiał wybrać drogę, którą będę cwałował.

sobota, 19 września 2009

tequila nights.

O mój rozmarynie, moja głowa! Czasami dobrze jest się spóźnić, ale w przypadku imprez półdomowych niekoniecznie. Trzygodzinne opóźnienie wymusza gonienie peletonu a wiadomo nie od dziś, że picie na wyścigi nie popłaca. Podkład pod piwo z koreczków i marynowanych pieczarek raczej jest niewystarczający by w jakimś stopniu ustrzec się choroby. Jak wspomniałem była to impreza półdomowa i po dosyć krótkim czasie (od naszego przyjścia) zebraliśmy się do Onyx'u. Jakież to zabawne. Łuki w Onyx'ie. Kiedyś, w liceum, gdy chcieliśmy tam wejść nie wpuścili nas z racji... młodego wieku. Byliśmy piękni, młodzi - zazdrościli i drogę zagrodzili. Tym razem jednak żałuje ociupinkę, że nasze pierwsze spotkanie trwało tak krótko, ale siła wyższa. Chyba jednak mężczyźni nie powinni oglądać filmów i seriali tworzonych z myślą o kobietach, bo źle się to kończy. Ja się napatrzyłem na takie dzieła i gdy padło pytanie "co pijecie?" bez zastanowienia palnąłem "margherita!". Pożałowałem tego bardzo w chwili, gdy zetknąłem usta z oszronioną (sic!) częścią kieliszka i tegoż wychyliłem. Do tej pory, a minęło już jakieś szesnaście godzin, zastanawiam się jak ludzie mogą pić takie świństwo. Degustatorem drinków nie jestem, ale to najgorszy trunek jaki w życiu piłem. Ohyda! Czym prędzej zachęcony błękitnym kolorem kamikadze postanowiłem, że zapiję nim właśnie ten okrutny smak... Aż kilkakrotnie zapiłem i tak się jakoś złożyło, że nagle wylądowałem na parkiecie. Kolejna niespodzianka sezonu. Nawet już zaczynało mi się tam podobać i wtedy czar prysł. Musieliśmy się zbierać, gdyż towarzystwo zaczynało przysypiać. No cóż, może kiedy indziej... Na pewno zapamiętam tę noc, bo przez nią nie byłem w stanie pójść do pracy. Tak się rozchorowałem. Moja liderka przez śmiech wydusiła tylko "nie chodź już na urodziny w piątek". Całe szczęście, bo dziś w ogóle się nie widzę w roli konsultanta. Jakiegokolwiek. Mam za to uczucie, że moja głowa w środku wygląda jak mina Justyny na zdjęciu. Fiksum-dyrdum.

wtorek, 15 września 2009

make the girl dance.

Lucyna i Grzegorz to bardzo spokojne małżeństwo. Ostatni raz pokłócili się wybierając kolor szczebelków do pierwszego łóżeczka ich córy - teraz dwudziestoletniej - Sabiny. Ojciec z wykształcenia jest stolarzem/blacharzem a matka nigdy nie pracowała, choć uważa, że zajmowanie się domem to bardzo wymagające zajęcie. Głową rodziny jest Grzegorz i dzięki niemu mają co do gara wsadzić, bo to on pracuje w składnicy materiałów łatwopalnych i gumowych. Przez dziesięć godzin kluczy pomiędzy kupami zużytych rupieci i szuka sposobu na wyrwanie się z tego bagna... Sabinka w tym roku ukończyła liceum profilowane na kierunku kosmetologia, o specjalności tipsy. Ma ambicje, chce iść na studia, ale musi rok od nauki odpocząć i wziąć się za pracę by przez pierwszy semestr na uczelni mieć za co żyć. Chce studiować europeistykę. Ciągnie ją do świata. Rodzice wychowali ją na porządną dziewczynę. Nigdy nie wraca do domu po godzinie 22 a wszyscy jej znajomi i koleżanki są ściśle kontrolowani przez rodzicieli. Sabina kolegów nie ma, bo mama uważa, że jest jeszcze za młoda do żeniaczki a z takiego koleżeństwa to mogą tylko problemy być. Córka, żeby nie podpaść rodzicom w pełni się z tym zgadza i całe dnie spędza w swoim małym pokoju naprzeciwko kuchni. Pokój urządzony jest skromnie: jedna trzydrzwiowa szafa w połowie i tak zapełniona książkami, gdyż ubrań Sabina nie kolekcjonuje, tapczan z powycieranymi brzegami, gdzieniegdzie nawet gąbka przez szmatę przebija i biurko. Bez komputera, bo uzależnia. Sabcia (tak nazywają ją rodzice) wraz z Lucyną spędzają dnie na przeglądaniu ogłoszeń o pracę w lokalnych gazetach. Pierwszy tydzień poszukiwań spełzł na niczym i matka już nawet trochę się podłamała, lecz nie dała tego po sobie poznać.
- Grzegorz, co my z nią zrobimy jeśli ta praca się nie znajdzie? Przecież nie może tak siedzieć w domu całymi dniami, bo nam już całkiem skapcanieje. Może jakiś Twój kolega potrzebuje pracownicy? - zapytała strapiona żona.
- A dajże spokój. Tydzień minął dopiero. Na pewno coś się wkrótce znajdzie. Jeśli nie to wyśle się ją do babki, do Łazisk. Tam se odpocznie i nabierze sił. A i nam będzie lżej bez niej.
- Co Ty wygadujesz?! Ja córki na wieś nie pośle!
Grzegorz bardzo się zdziwił słysząc stanowisko żony, bo to przecież Lucyna właśnie ze wsi pochodzi i to jej matka na wsi mieszka. Nie wdawał się w dalsze dyskusje tylko posłusznie pomaszerował do pracy z nadzieją, że przez kolejne pachnące dziesięć godzin zdoła coś wymyślić. W tym czasie jego kobiety dalej przeglądały dziennik z nadzieją, że w końcu coś ciekawego znajdą. Istotnie, około godziny 12:40 udało się. Na trzeciej stronie widniało ogłoszenie, że poszukuje się telefonistki do dużej korporacji.
- Sabina, toż to praca w sam raz dla Ciebie! - wykrzyknęła mama. Masz taki aksamitny głos, na pewno klienci chętnie będą z Tobą rozmawiać.
Sabina jak zwykle niemrawa i przychylna z wymuszonym uśmiechem przytaknęła mamie i kazała dzwonić.
Nazajutrz Sabcia ubrana w swoje najelegantsze ciuchy maszerowała już na rozmowę wstępną. Dojazd miała kłopotliwy, bo z dwoma przesiadkami. Rodzice byli tym faktem trochę zaniepokojeni, ale z drugiej strony bardzo się cieszyli, że coś się ruszyło w sprawie. Sabina dała się poznać z dobrej strony i pracę dostała - miała się zjawić nazajutrz w stroju mniej eleganckim, gdyż taki nie jest wymagany i krępuje ruchy wybijając numer.
Nie napisała im esemesa z tą radosną informacją, bo rano ze zdenerwowania zostawiła a domu telefon. Poza tym rodzice pewnie i tak nie pozwoliliby jej go wziąć, obawiając się, że ją okradną w tramwaju. Sabina całą noc nie spała, tak była tą pracą podniecona. Czuła się bardzo doceniona. Wiedziała, że da sobie radę. Chciała udowodnić rodzicom, że potrafi sobie poradzić.
Pierwszy dzień w pracy obfitował w liczne problemy i niewiadome, lecz skromna dziewczyna zawsze w razie wątpliwości biegła do swojego przełożonego, który był dla niej bardzo wyrozumiały. Wyszli nawet razem na przerwę. Andrzej miał w ręce papierosa, którego sam sobie w domu przygotował. Poczęstował nim Sabinę, lecz ta skrzywiła się i grzecznie odmówiła.
- No weź. Zobaczysz, że lepiej ci się będzie pracowało, jak sobie zapalisz.
A ponieważ Sabcia była z godziny na godzinę coraz ambitniejsza skusiła się. Zaciągnęła się porządnie, choć nigdy wcześniej tego nie robiła. Zakasłała głośno a Andrzej zaśmiał się nikczemnie. Dziewczynie zakręciło się w głowie, wszystko zaczęło się dziwnie rozmazywać, jakby było za mgłą. Nim się spostrzegła była już w jakimś pokoju bez okien . Przestraszyła się prawie na śmierć. Zaczęła szarpać za klamkę, lecz drzwi były zamknięte z drugiej strony. Waliła w nie rękami z całej siły bezskutecznie. Usiadła na ziemi i zaczęła płakać. Wtem ktoś przekręcił klucz w zamku - w drzwiach stanął Andrzej z groźną miną. Wszedł do pokoju szybkim krokiem, nogą zatrzaskując za sobą drzwi. Silnym szarpnięciem podniósł za rękę Sabinę i przycisnął ją swoim ciałem do ściany. Jedną ręką zatkał jej usta a drugą zerwał z niej spódnicę...
Po zakończonej pracy Sabina wyszła przed budynek z rozmazanym makijażem, ciągnąc po ziemi torebkę. Nagle zauważyła przed sobą lśniącego Fiata 126p z zapalonymi reflektorami i jakiegoś mężczyznę opierającego się o maskę. Światła ją raziły, więc nie mogła rozpoznać twarzy. Gdy była coraz bliżej niego jej przerażenie rosło.
- Sabina, zaczekaj. Przyjechałem po ciebie!
- Tata?! - zapytała zdziwiona Sabina.
Podbiegła do niego i przytuliła z całych sił.
Przez całą drogę do domu milczeli. Dopiero gdy ojciec zaparkował przed blokiem samochód wyszeptała: zgwałcił mnie...

Taka historyjka mi się nasunęła, gdy wczoraj wychodząc z pracy zobaczyłem Malucha z szoferem.

niedziela, 13 września 2009

po.

Świetnie - napisałem cały post, jakimś niefartem usunąłem jego zawartość i jak grom z jasnego nieba spadło na mnie autozapisywanie... W każdym razie (mój ulubiony zwrot jako konsultanta) chciałem przekazać, że dziesięciogodzinna podróż pociągiem w wieku 23 lat pozwoliła mi na odnowienie sentymentalnych wspomnień związanych z wyjazdami na kolonie/obozy. Ten klimat, kiedy na dworze zapada zmrok a ja z torbą przy nodze oczekuję aż brudny pociąg nadjedzie i zrobi się zamieszanie. Za młodu jakoś nigdy nie było problemu z tym, żeby odnaleźć właściwy wagon i przedział oraz spokojnie w nim zasiąść. Tym razem było inaczej. Na ten czas, kiedy pociąg do Międzyzdrojów zajechał na peron drugi dworca w Katowicach, w naszych głowach zrodził się taki niepokój, że nawet głośno wykrzykiwane (a można wykrzykiwać cicho?) obelgi nie były w stanie go uciszyć. Ów zamęt oczywiście spowodowany był niemożnością znalezienia naszego miejsca wśród tych jakże luksusowych. Przerażenie dodatkowo potęgowała wisząca nad nami ewentualność odjechania składu z nami stojącymi... na peronie. Szczęśliwie los skierował nas na właściwe tory i gdy rozłożyliśmy swoje jednorazowe prześcieradła, zapakowane w niebiodegradowalną folie sygnowaną wyśmienitą marką "Wars" wszystkie smutki odeszły w niepamięć. Już prawie byliśmy nad morzem... Nad morzem, jak się powszechnie uznaje, jest baardzo miło. Tym razem też było - taka jest oficjalna wersja i jej się będę trzymał. Po tej wycieczce będę miał znów co wspominać: pierwszy raz piłem piwo na plaży w przystojnym towarzystwie i nawet policjant, który mógł w każdej chwili wyrosnąć spod piachu i wlepić mi mandat nie zepsułby tej pięknej chwili. Na pewno zapamiętam ją na długo.

piątek, 11 września 2009

być kobietą.

To nie jest (kolejny) szowinistyczny post na temat tego jak kobieta ma ciężko w życiu. Po prostu chciałem obiektywnie przedstawić, co może płeć piękną spotkać a mimo to wciąż chodzi uśmiechnięta i zadowolona. Na przykład "w pociągu". Ci, którzy podróżują, niekoniecznie często, bo to zazwyczaj reguła, wiedzą jak wygląda toaleta w wagonach taboru Polskich Kolei Państwowych. I nie ma znaczenia, czy to IC czy druga klasa osobowa. Choćby nawet ktoś miał rozwolnienie (a miałem nie wspominać nic o kupach...), nie trafiłby do dziury, zwanej też muszlą klozetową i wypróżnił się obok nie miałoby to zbytniego wpływu na krajobraz, który się rozpościera po otwarciu drzwi tegoż malowniczego pomieszczenia. Wreszcie przychodzi ten moment, kiedy kobieta i jej Monatsblutung (podszkoliłem się z niemieckiego) biorą górę. W ten czas nie ma siły, więc trzeba skorzystać z łazienki. Szczerze powiedziawszy, w takich warunkach odechciałoby mi się wszystkiego a co dopiero myśleć jak tu się ustawić, żeby przypadkiem czegoś (i siebie przy okazji) nie pobrudzić. Dodatkowo z całych sił trzymałbym kciuki, żeby akurat w kluczowym momencie skład nie wjechał na zwrotnice... Tych parę zdań pokazuje jak silne psychicznie są kobiety. Mimo to mężczyźni wciąż są dla nich kolejnymi kłodami pod nogami. Inny przykład kiedy to kobieta wyprowadzona z równowagi mimo wszystko zachowuje resztki przyzwoitości i jako broni używa jedynie riposty słownej. Na plaży zawsze jest jakaś garstka ludzi a jeśli są to Polacy to przynajmniej jedno z grona zawsze ma ustawione receptory słuchu w pozycji "odbiór szelestu gazety z koca na drugiej stronie plaży". W tej sytuacji nawet gorliwi użytkownicy aparatów słuchowych firmy Super Szept usłyszeliby reprymendę płynącą z ust nastolatki w sile wieku, czyli "płaskiej siedemnastki". Mianowicie wykrzyczała ona co sił w ustach do swojego kompana: "Czy ja ci, k****a, wpycham piasek do penisa?". Hmm, boję się pomyśleć co ów jegomość jej zrobił, ale panna była dosyć mocno poirytowana. Grozy dodaje fakt, że dwadzieścia centymetrów od niej leżał drugi dżentelmen, który jak sądzę mimochodem był naocznym (o Boże!) świadkiem całego zajścia. Dziewczyna wypuściła ze swych ust jeszcze kilka inwektyw w kierunku winnego młodzieńca a potem jak gdyby nigdy nic położyła się pomiędzy kolegami.

wtorek, 1 września 2009

wszędzie te paczki.

Już od dawien dawna zastanawiam się dlaczego mój listonosz zawsze jest taki... zmierzły. Gdy słyszę w słuchawce domofonu jego "Poczta, polecony" wiem, że gdy wejdzie na to czwarte piętro nie będzie miły. Myślałem sobie, że jeśli jego praca tak mu nie odpowiada to przecież zawsze może ją zmienić. Do wczoraj nie wiedziałem jakie mogą być przyczyny jego zażenowania. Dzisiaj, po zakończeniu Listonosza moje wyobrażenie na temat pracy listonosza trochę się zmieniło. Co prawda akcja powieści (?) ma miejsce w trochę innym realiach, lecz zawód ten sam, co nie? Książka oparta jest na faktach z życia Bukowskiego, więc tym bardziej można jej użyć jako źródła. Chinaski, alter ego autora, ma przej****e przez cały okres trwania umowy. Jak w większości przypadków kierownik czepia się go o byle pierdołę a gdy w końcu uda mu się opuścić budynek poczty z torbą ważącą tonę to ludzie jeszcze bardziej zaczynają mu działać na nerwy. Rozumiem człowieka, bo gdyby mnie się ktoś co krok pytał "czy mam coś dla niego?" też dostałbym do głowy. Bohater jest tak styrany, że jak wraca to domu to potrafi tylko przytulić się do swojej kobiety i zasnąć. Henry, bo tak nazywa się Chinaski, ma pewną cechę, której mój listonosz na pewno nie ma. Jest kochankiem - uwielbia kobiety, co rusz ma jakąś nową. Jest maniakiem i nie ma problemu z tym, żeby zaspokoić swój popęd. Niestety pewnego razu trafia na taką pannę, która wręcz go gwałci. On wraca do domu po dwunastogodzinnej nocnej zmianie a ona chce tylko jednego. Bukowski może do najprzystojniejszych nie należy, ale ten co mi polecone znosi na amanta też nie wygląda - z drugiej strony kto go tam wie. Henry lubi sobie też wypić, dlatego często jest w pracy na kacu. Okej, ale czy teraz mój listonosz może czuć się usprawiedliwiony wiedząc, że ja wiem co tam się na tej poczcie wyprawia? Nie sądzę. Listonosz służy społeczeństwu i musi godnie reprezentować państwo - każda przesyłka ma być dostarczona na czas i do rąk własnych, nie ma prawa zostawiać awiza, bo mu się nie chce wejść na górę. Przeto uważajcie gdy otwieracie drzwi pracownikowi poczty, ponieważ nigdy nie wiadomo jaka gadzina w środku, weń siedzi. I pamiętajcie - Wy też możecie mieć wpływ na jego zwolnienie - wystarczy złożyć skargę a pójdzie taka fleja na bezrobotne.

piątek, 28 sierpnia 2009

n-ty.

Znudziło Ci się zwykle pocenie się przed komputerem? Mam przepis, żeby wylać siódme poty w sposób bardziej wyrafinowany. Wstań o siódmej rano. Trudne, zważywszy, że od tygodni wstajesz o dziesiątej... Wsiądź w samochód i rusz do stolicy województwa. Tam poszukaj niepłatnego miejsca parkingowego, które tak czy inaczej okazuje się być płatnym. Carpe diem i do pociągu wsiądź. Tam przed ponad półtorej godziny tłucz się z innymi głupkami. Gdy wreszcie dotrzesz do centrum małopolski, jeszcze zanim tyłek Twój podniesie się z obleśnego siedzenia, zacznij się zastanawiać co można robić po raz setny w tym zatłoczonym mieście. Jee, jeszcze nie byłeś na Kazimierzu? Najwyższy czas by to zmienić. Heja do Ołtarza Trzech Tysiącleci. Tylko trochę dziwnie sobie tablice rozplanowali, bo zamiast Korfantego napisali Kantego. Musi jakoś na szybko to robili... Tylu świętych (i nie) w kupie to się człowiek strasznie upoci. Nie dawaj jednak za wygraną, obejdź cały Kazimierz, tak by na drugim brzegu Wisły-skisły ujrzeć prześladowcę A-Dong. Gdy już ominiesz wszystkie wykopy i płoty sprawdź, czy przypadkiem przed ratuszem budy stoją jak stały. Tak, wiem, że przecież nie wiesz jak wcześniej wstały. Teraz nadszedł czas na najlepsze. Gdy smród Twoich stóp sięga już nosa, nawet odór przebija spaliny, udaj się do Galerii Krakowskiej. Mekki wszystkich turystów. Są tacy, którzy nawet przed obliczem Wzgórza Wawelskiego potrafią zapytać o drogę do tego cudnego centrum handlowego. Kup weń tortillę i usiądź naprzeciwko najbardziej obleśnej kobiety na świecie - z brodą, wybrakowanym uzębieniem i niekontrolowanymi ruchami języka (jak wąż, żmija). Zjedz swoje danie bez obrzydzenia. Okej, już piętnasta godzina - wystarczy tego dobrego. Pędź na dworzec, ponieważ pociągi potrafią odjeżdżać niezgodnie z rozkładem jazdy dostępnym w Internecie. Możesz już usadzić swój tyłek w przedziale dusznym jak ubojnia i czekać aż usiądzie koło Ciebie kobiecina tak frywolna, że pewnie gdyby nie resztki samokontroli ściągnęłaby z siebie tą przepoconą bluzkę. Skoro mogla położyć swoje spocone giry na obleśne siedzenie... Okej, jeszcze tylko niecałe dwie godziny w tej saunie i wyjaśni się największa niewiadoma - ile będzie kosztowało ośmiogodzinne parkowanie w centrum Katowic. Leć, pędź a dowiesz się, że tylko 12,80zł. Bardzo tani sposób na spędzenie tłustego piątku, nieprawdaż?

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

touché,

Ciekawe jaki to widok oglądać czterech facetów w obcisłych spodenkach z lycry, w miarę obcisłych koszulkach na całkiem ładnych rowerach. Ja tam do gejów nic nie mam, póki sam nie jestem. Moim zdaniem wyglądaliśmy kozacko i ludzie nas podziwiali. Jest też inna możliwość, natomiast w mojej okolicy niezwykle mało prawdopodobna. Odkąd żyję wystąpiła li raz. I dawno temu. Mianowicie chodzi o to, że zamiast czterech kolesi w takim umundurowaniu jak my napotkać na dwie dziewczyny w strojach równie sportowych. To wystarczy. Już wszyscy sobie wyobrazili i zaślinili klawiaturę? Dziękuję serdecznie i "cześć jak czapka". Wracając do dzisiejszej wycieczki: owszem było miło, jak to Rafał stwierdził. Byłoby jeszcze lepiej gdybym na samym początku nie wjechał do koleiny o głębokości sięgającej piasty, w połowie będącej błotem wypełnioną. Normalnie ręce mi opadły, ale stwierdziłem, że raz w życiu mogę zaszaleć i zamiast zahamować zacząłem pedałować. Nie szkodzi, że po powrocie do domu smarkałem błotem a rower wyglądał jak skąpany w pomarańczowym pigmencie to skór farbowania. W kupie raźniej. Jedyna strata to to, że teraz domyć koła nie mogę, ale ostatecznie czego się nie zmyje to wyschnie i odpadnie. Przynajmniej dotąd tak było. Chłopcy i dziewczyny uprawiajcie sporty a Wasze łydki będą zgrabne i pupy jędrne.

piątek, 21 sierpnia 2009

ts.

Jak obrazić kobietę, jednocześnie mówiąc jej komplement? Masz bardzo mało... tkanki tłuszczowej.

czwartek, 20 sierpnia 2009

klucha.

Katarzyna Cichopek - może nie wszyscy znają tę panią, ale jest to, jak sądzę, popularna polska aktorka serialowa. Właściwie do niedawna sądziłem, że jest to aktorka jednej roli, ale po przeczytaniu jej strony na wiki zostałem oświecony. Niemniej i tak napisze to, co chciałem od początku. Stałem kiedyś koło lodówki i zostałem poinformowany, że Cichopek urodziła. Chyba dziecko, bo to zazwyczaj wychodzi z łona kobiety. Wtem do mojej głowy przypełzła myśl "co te dziecko będzie czuło oglądając dorobek filmowy mamusi". Towarzystwo lodówki w tym wypadku było bardzo sprzyjające, ponieważ w tabloidach nazywana jest/była kluchą. Weźmy na przykład ten wspaniały tasiemiec jakim jest M jak miłość. Rola p. Kasi jest tak wzruszająca, że czasem można odnieść wrażenie, że to już nie jest aktorstwo. Całkiem prawdopodobne, ponieważ by uprawiać ten zawód wypada mieć tego typu wykształcenie. Możliwe, że można być dobrym ślusarzem bądź spawaczem-samoukiem, ale jednak ukończenie szkoły o takim profilu jest baardzo pomocne. To samo tyczy sie "grania". W karierze Cichopek nastąpił taki zwrot, ze zaczęła się sprzedawać w marnych show dla maniaków telewizyjnych, którzy znają na pamięć ramówkę czterech najpopularniejszych stacji telewizyjnych. Swego czasu, gdy jeszcze oglądałem telewizję, odniosłem wrażenie, że przełączając programy zmieniało się tylko logo stacji, bo na ekranie cały czas była klucha. I co, potem dziecko zapyta mamę o przeszłość a ona pokaże mu fotosy z planu Jak oni śpiewają? Albo jak obściskuje się z Mroczkami? Nie, dziękuję. Wolałbym dziecku pokazać zdjęcia z imprez, kiedy rodzice byli pijani i dobrze się bawili. W końcu to krew z krwi, więc zrozumie. I nie będzie się potem bało gdy zobaczy po raz pierwszy alkohol, gdy go spróbuje z kolegami. Pas dla polskich "aktorów" młodego pokolenia!

wtorek, 18 sierpnia 2009

bęben.

Jak można nie wiedzieć, co pod koszulką może siedzieć. To ja może trochę uświadomię. Pod odzieniem mogą kryć się:
- brzuszek - taki słodziutki, do całowania,
- brzuch - też miły, ale mniej miły od brzuszka,
- brzuchol - ten typ zaczyna powoli wylewać się ponad spodnie,
- brzuszysko - złoo, właściciel takiego dobytku ceni żarcie,
- bęben - ostatnie stadium rozwoju, po przekroczeniu granicy następuje eksplozja.
Jeśli o mnie chodzi to jestem fanem pierwszego i ostatniego rodzaju brzucha. Brzuszek - wiadomo. Każda dziewczyna i chłopak chcą go mieć. Gdy dziewczyna go ma to jest zadowolona i chłopak gdy ma taką dziewczynę to też jest zadowolony. Poza tym działa tu bardzo prosta zasada: brzuszki różnych płci ciągną do siebie. Chciałem uprzedzić, żeby przez brzuszek opacznie nie uznać brzuszka z dzidziusiem w środku. O nie! To już nie jest brzuszek i zalicza się do kategorii "inne". A dlaczego lubię bębny? Bo są zabawne. Czasem takie wielki zwały je opatulają, że nawet pępka nie widać. Jak pępuszka nie widać to coś jest nie tak. Osobnik taki wygląda jakby narodził się z ciąży pozamacicznej a zamiast pępowiną był połączony z matką za pomocą tkanki tłuszczowej. Została ona na bębnie noworodka w zamian za co mamusia schudła drastycznie po rozwiązaniu. Czasem spotykamy ludzi i dziwimy się: jak to możliwie, że tak szybko schudła po ciąży? Oto macie odpowiedź. Była to graviditas ectopica. Żeby skrzętnie to ukryć młoda mama wsadza pod ubranie poduszkę, bądź jakiś inny anatomicznie uformowany przedmiot. Dla pewności polecam zawsze uderzyć ciężarną w brzuch, tak żeby się przekonać czy jest to natura, czy pierze. Oczywiście odpowiednio dozując siłę, żeby przypadkiem poduszki nie rozwalić...

sobota, 15 sierpnia 2009

myśl.

Jak dla mnie, nie jest to zbyt wymagająca praca. Traktuje ją jako grę, zabawę. Kiedy widzę numer telefonu a obok niego opis dotyczący zainteresowania klienta czuje dreszczyk emocji podobny do tego, który towarzyszy zdobyciu fraga w q3 - czyli generalnie bardzo pozytywny. Dodatkowo, czasem występują ułatwienia w stylu "TV - nie". Coś a' la health pack. Dlatego też cała tą pracę traktuję jak sesję w quake'a - muszę być na szczycie listy. Na razie byłem 15 na 50 - po czwartym dniu. Wszystko przez te bezczynności oraz niewiedzę. Nie poinformowano nas, że przed wyjściem na przerwę należy się wylogować nie tylko z programu komputerowego, ale również z telefonu. Hm, nikt na to sam nie wpadł i po trzech dniach okazało się, że jedną czwartą czasu spędzonego w zakładzie nic nie robiliśmy, co oczywiście z prawdą nie ma nic wspólnego. W związku z tym chyba zrezygnuję z wychodzenia na przerwę - i tak nie ma co robić. Natomiast sporządziłem sobie w telefonie notatkę celem przypomnienia o wykonaniu tychże czynności przed wyjściem do domu. Kiedy dobiega godzina zero jestem w takiej euforii, że zapominam. Może to głupio wygląda, ale szkoda by było, żeby cała moja wysoka sprzedaż poszła na marne i moja pozycja na liście pozostała niezmienna.

sobota, 8 sierpnia 2009

s.m.r.ó.d.

Na świecie jest wiele śmierdzących miejsc. Pierwszy z brzegu przykład to Wenecja. Bardzo zaniedbane miast a mimo to jak ktoś nie pojedzie do Wenecji odwiedzając Włochy to od razu lama. Był nawet kiedyś taki film: Śmierć w Wenecji. Jak jest śmierć to musi śmierdzieć, co nie? Moje osiedle zazwyczaj do tego elitarnego grona się nie zalicza, ale dzisiaj sytuacja zaskoczyła mnie podwójnie. Po prostu po wyjściu z klatki okazało się, że nie jestem w Wenecji oraz w zamian poczułem okrutny fetor, wręcz nakazujący wrócić się do domu. Jednakże nie poddałem się tak łatwo i pozostałem na podwórzu, równocześnie podejmując próbę rozwikłania tej zagadki. A ponieważ jestem kreatywny, czy coś, do głowy wpadło mi kilka przyczyn takiego stanu... smrodu rzeczy. Nasamprzód oczywiście pomyślałem o kupach. Psich kupach. I wcale nie chodziło o to, że przed jazdą lepiej jest się wypróżnić. Psie kupy "porozrzucane" są gdzieniegdzie, w miejscach kompletnie nieprzewidywalnych i przejąłem się, iż jedna z takich niespodzianek mogła była być pasażerem na gapę na podeszwie mojego buta. Sprawdziwszy inwentarz przekonałem się o nieobecności tego jakże pięknego wytworu psiego metabolizmu. Moja radość nie trwała długo, gdyż wciąż nie rozwiązałem swojej ukłądanki a jedynie ograniczyłem listę potencjalnych sprawców. Jako drugi pomysł, już wspólny, przyjąłem awarię pobliskiej oczyszczalni ścieków. Hipoteza jakoby tenże odór miał tamże swoje źródło oraz był roznoszony przez wiatr w cztery strony świata wydaje się najbardziej prawdopodobny. W tej chwili przykry zapach już nie unosi się w powietrzu, ale nie omieszkam przedstawić moich pozostałych niepewnych sądów. Otóż istnieje duże prawdopodobieństwo, że społeczeństwo na znak solidarności z powstańcami z roku '44, w tydzień po sześćdziesiątej piątej rocznicy ich heroicznej walki, pryknęło o umówionej wcześniej godzinie. Kumulacja gazów spowodowała tak odczuwalne ich stężenie w powietrzu. Trochę mi się nie chce wierzyć, że tak było, bo przecież też czułbym się zobligowany do puszczenia bąka a żadnej informacji na temat takiej akcji nie otrzymałem. Ostatnie moje przypuszczenie, jak sądzę równie prawdopodobnie jak to o oczyszczalni, jest takie, że panowie, którzy odpowiedzialni są za roboty ziemne prowadzone na terenie mojego osiedla coś spartolili. Doszły mnie słuchy, że grzebią w tym piachu bez ładu i składu a w takim przypadku o pomyłkę nietrudno. Pewno zakopali gdzieś niezabezpieczoną rurę i g***o się wylało... Okej, oszczędzę dalszych szczegółów. Aha, jeśli ktoś ma swoje pomysły to zapraszam do podzielenia się nimi.

piątek, 7 sierpnia 2009

prze.

Pepraszam wszystkich (siebie też) za to, że tak długo nic nie pisałem, bo przecież zawsze lepiej coś przeczytać niż nie. Za przyczynę takiej długiej przerwy oficjalnie uznaję problemy techniczne. Zostały one oczywiście całkowicie usunięte i teraz dostęp do bloga będzie jeszcze szybszy i bezpieczniejszy bla bla bla...
Cholibka, kręgle to bardzo stresująca gra. Zawsze przed jej rozpoczęciem obiecuję sobie, że będę megacelnie trafiał a więc zdobywał jak najwięcej punktów. I wtedy przychodzi pierwszy rzut. Kompletna klapa. Kula spada do rynny i łagodnie omija kręgle śmiejąc mi się w twarz. Drugi rzut niestety jest tylko troszeczkę lepszy, ale w porównaniu do innych graczy z pewnością żałosny. Jeśli sytuacja powtarza się w pierwszych pięciu rzutach to już wiem, że cała gra będzie spalona i tylko się irytuję żem taki kaleczny. Niby nie o to chodzi, żeby zawsze wygrywać, ale ja pomimo wszelkich starań, żeby było inaczej gram tylko dla zwycięstwa. W każdym razie zostawmy już te kręgle. Chciałem ogłosić, że z całego tabunu wybraliśmy Mirandę Kerr.

niedziela, 26 lipca 2009

consigliere.

Czy ja mógłbym zostać gangsterem? Pewnie nie, bo teraz są już tylko mafie. Ale tak hipotetycznie, wyobrażam sobie, że jestem. Takim pojedynczym. Nie mam żadnych kontaktów, nie współpracuje z innymi gangsterami, sam zaczynam wszystko od początku. Jak sądzę każdy bandzior ma przy sobie pistolet. Skąd u licha wytrzasnąć pistolet. Już na samym początku takie schody. Wiem! Na razie wystarczy zabawkowa imitacja. W telewizji roi się od akcji pełnych sukcesu z takimi sprzętami. Jak już się dorobię to kupię coś lepszego - najlepiej .44. Okej, broń już mam. Teraz muszę wynaleźć sposób, w jaki w ogóle się wzbogacę. Myślę, że najprościej będzie zacząć od haraczy. Znam taki sklep z różnym badziewiem do domu: rureczki, uszczeleczki, farbeczki, spłuczki i inne barachło. Ekspedientką (nie mylić z ekspertem) jest taka tępa babka, która nawet w pogodny dzień ma minę przestraszonego dziecka, które spadło z huśtawki. Myślę z łatwością bym ją przekonał (a przecież już mam argument), żeby codziennie odkładała dla mnie 10% utargu. To byłaby uczciwa cena za nie zrujnowanie jej cudownego sklepiku. Suma to nie robi wrażenia, ale od czegoś trzeba zacząć. Potajemnie założyłbym jej podsłuch pod ladą a ona niczego nie świadoma pewnego razu wypaplałaby cała swoją tragedie swojej pożal się boże koleżaneczce, która prowadzi warzywniak. Ha! Tym sposobem złowiłbym kolejną ofiarę. Każdym kto stałby się świadkiem moich wyłudzeń byłby jednocześnie moją ofiarą. Taak, gdyby moje wpływy sięgnęłyby targowiska, mógłbym w końcu kupić porządny gangsterski wóz. Przecież każde targowisko to kupa szmalu - 10% od każdej budki daje już okrągłą sumę. Czarny Cadillac byłby odpowiedni. Kiedy kontrolowałbym tak dochodowy interes mógłbym podkupić sobie jakiegoś frajera, żebym sam nie musiał się fatygować po odbiór kasy. Mieć służącego to już coś. Pieniądze wydawałbym głównie na kolacje z dziewczynami i różne z nimi zabawy. Właściwie nic więcej robić bym nie musiał. Mój przyjaciel zająłby się wszystkim - pieniądze spływałyby na moje konto. Nie miałbym z nikim kontaktu, więc policja nie mogłaby nic podejrzewać. Sądzę, że żaden z marnych sprzedawczyków by nie sypnął. Za bardzo boją się o swoje tyłki. Byłbym ustawiony. Jedyne co mogłoby mnie zdradzić to listonosz. Ten ch***k zrobił się taki ciekawski, że ciągle wchodzi na górę doręczać nic nie warte przesyłki, bo myśli, że znów zobaczy to, co raz niechcący objawiło się jego oczom. Jedna z moich "przyjaciółek" z przyzwyczajenia otworzyła drzwi bez stanika. Już wiem jak to będzie. Zasrany szpak doniesie glinom, że coś jest nie tak a te oczywiście zawsze wtykają nos w nieswoje sprawy. Przyjadą tym swoim rozklekotanym radiowozem i zaczną węszyć. A pies jak już zacznie to zawsze coś znajdzie. No i cały plan weźmie w łeb. Przyjdą do mieszkania i na oczach wszystkich sąsiadów wyprowadzą mnie skutego. A wtedy ja, odziany w swoją satynową piżamę zapytam jednego z nich: "Did you fuck my wife?".

sobota, 25 lipca 2009

white satin.

Pływaczki to tipsiary a kolarze są garbaci. Jednak zacznijmy od początku. Jak sądzę dwa moje ulubione sporty, te które z największą przyjemnością uprawiam, to pływanie i jazda na rowerze. Zazwyczaj nie daję z siebie wszystkiego przez dłuższy czas, ale zgodnie z maksymą "live fast, die young" czasami dzieje się inaczej. W związku z tym postanowiłem wymyślić coś, aby wysiłek był mniejszy a rezultaty choć trochę bardziej widoczne.
Pewnego razu podczas miłego plażowania zostałem upomniany, iż długość moich paznokci mogłaby przyprawić kogoś estetycznego o torsje. Dziś podczas kąpieli zaświeciła mi się żaróweczka (zupełnie jak Archimedesowi) . Tak, paznokcie muszą być jak najdłuższe, byleby tylko butów nie rozdarły. Te dodatkowe milimetry wytworu naskórka pozwolą uzyskać o setne sekundy lepszy czas na tym krótkim dystansie, jakim jest odległość boi od brzegu. Ci bardziej zdeterminowani oczywiście mogą zastosować wersję maxi, czyli długaśne knykcie u rąk, ale tylko pod warunkiem, że nie podróżują środkami komunikacji miejskiej. Dziewczęta mają się o tyle łatwiej, że mogą sobie zafundować wspomniane wcześniej tipsy. Metodą empiryczną znajdą optymalną ich długość a kosmetyczka zgarnie kupę bezsensownie wydanej kasy. No cóż, czego się nie robi dla sportu.
Jazda na rowerze to oczywiście również bardzo wymagające zajęcie. Przy takiej pogodzie, jaka nam obecnie panuje potrzeba wiele samozaparcia, żeby w ogóle wyjść z domu i postawić nogi na pedałach. Sytuacja ulega pogorszeniu wraz z kolejnymi kilometrami kiedy to wzniesienie zdaje się ciągnąć do nieba. A gdy ostatkiem sił uda się na nie wdrapać trzeba wciąż mocno pedałować, bo wiatr stwarza opór o sile czterdziestotonowej ciężarówki i wcale nie pomaga fakt, że jest z górki... Także łatwo nie jest. Tymczasem ja wciąż będąc w wannie wymyśliłem kolejny innowacyjny sposób na ułatwienie sobie jazdy poprzez ulepszenie "postawy aerodynamicznej" jeźdźca. Na załączonym obrazku (A. Contador) widać dużą lukę pomiędzy końcówką kasku a częścią piersiową kręgosłupa kolarza. Według mojej teorii, gdyby specjalnymi ćwiczeniami spowodować nienaturalne wygięcie kręgów w kierunku "do tyłu", obszar w którym opływające powietrze powoduje niekorzystne zawirowania mógłby zostać zniwelowany, a na pewno zmniejszony. Zatem polecam wszystkim dyrektorom, prezesom i działaczom, żeby do swoich klubów rekrutowali jedynie młodzików z wadą postawy, którzy trzydzieści sześć procent swojego wolnego czasu spędzają przed komputerem, siedząc na jednej nodze, śledzą wyniki wielkich tourów.

Prawda, że moje pomysły są bardzo niekonwencjonalne? Bo nie sztuka w tym jak polepszyć czas coś odejmując, lecz dodając.

sobota, 18 lipca 2009

ty masz auto?

Najbardziej rozrywkowy grill w historii Kuźni MT (chyba można tak napisać, nie?). Na początku było bardzo grzecznie, wszyscy doglądali kiełbasek i wykłócali się o te właściwe a przypalone zrzucali na ziemię. Nie wiem czy z odrazy, czy dlatego, żeby któryś z kolegów przypadkiem nie nabawił się niestrawności. Zabawa trwała w bardzo sprzyjającym otoczeniu: Lidla, w którym półki urywają się pod naporem niemieckich maszketów, Światu Alkoholi oraz drogi publicznej, która mogła umożliwić szybkie dotarcie do nas zmotoryzowanego oddziału policji, czyli tzw. "suki". Na szczęście nie pofatygowali się, pewnie z powodu naszego licznego grona. Do północy było miło i o śpiewie się mówiło, kto ma piątkę a kto nie. Później jeden przycichł, niby zmęczony. Okazało się, że zbierał siły na tragiczny w skutkach atak na współimprezowiczów. Straty są następujące: podbite oko, siniak w okolicach obojczyka, spuchnięta warga, ugryzienia koło łokcia, strup na kolanie i łokciu. W sumie tylko dwóch mężczyzn nie odniosło obrażeń a kobiety uszły z życiem. Po dłuższym czasie udało się "świra" uspokoić, lecz nie ostatecznie, gdyż po spacerze na świeżym powietrzu powrócił on z dodatkową energią. Mój wniosek jest taki, że nie należy naigrawać się z kierowców samochodów małolitrażowych. Nigdy nie wiadomo, czy po alkoholu im nie "odpie****i".

wtorek, 14 lipca 2009

n-k.

Pamiętacie jeszcze Naszą-Klasę? Jak się dobrze poszuka to można znaleźć prawdziwe rarytasy. Wczoraj z nudów obejrzałem całkiem przyzwoite (miło się na nie patrzało) zdjęcia kolegi z "Moją" zrobione podczas jakiegoś wesela. Okej, w porządku. Obeszło się bez okrutnych opisów. Najpiękniejsze jest zawsze ukryte i tak oto pod jednym ze zdjęć znalazłem pewnego komentującego, którego galeria ową perełką była. Już nie chodzi o to, że jej głównym przedmiotem była dziewczyna o gabarytach małego sejfu, ale o tytuł albumu, który zdjęcia zawierał. "Moja kocia i ja". Zacząłem się zastanawiać nad genezą tegoż pięknego pseudonimu i wpadłem na dwie możliwości. Przezwisko to może pochodzić od słowa koc, czyli takiej płachty wykonanej z materiału, którą się przykrywamy gdy jest nam zimno lub leżymy na nim, gdy jest gorąco. W tym wypadku koc może zatem wskazywać na masochistyczne zapędy tego kogoś, kto zwie się "ja". Tak sobie to wyobrażam: on mówi "kocia, zimno mi", tymczasem ona zwala się na niego całym cielskiem i już zimno nie jest. Cóż z tego, że kości pogruchotane. Drugi semantyczny punkt widzenia określiłby "kocię" jako małego kotka a raczej kocicę, taką która lubi się łasić. Tak czy owak znów sprowadza się to sadystycznych pragnień. Wiem, że to co piszę może się wydawać chore, ale nad innymi możliwościami nie chce mi się zastanawiać. Bo i po co, skoro te w miarę szybko wpadły mi do głowy. I tak wspaniałe "moja dupa na plaży" mojego autorstwa bije wszystkie opisy na łeb. Ha! Jak to mówią w amerykańskich filmach - "you sick fuck". Miłego dnia.

poniedziałek, 13 lipca 2009

on jest wszędzie.

Trochę niezręczna sytuacja. (Jeszcze nie mój) wujek Stanisław proponuje mi wódkę przed pójściem spać. Oczywiście ja od alkoholu nie stronię, od tego darmowego tym bardziej. Jedyne co mogłoby mnie powstrzymać przed wychyleniem tego jednego kieliszka to obecność (jeszcze nie moich) dziadków, którzy na temat alkoholu mają bardzo negatywną opinie, czyli "nie!". Kolejną przeszkodą mógłby być wydłużony czas oczekiwania na tenże alkohol, ale to również w żaden sposób na mnie nie wpłynęło. Kiedy w końcu kieliszki były pełne i męska część obecnych sięgnęła po nie niepewnym ruchem w mojej głowie urodziła się nowa myśl. Co zrobię, gdy zaproponują kolejnego. Spojrzałem na Tą, która koło mnie stała i za rękę trzymała a myśl ta rozwiała się jak delikatny altocumulus. W jej miejscu pojawił się zardzewiały, cierniami przyozdobiony napis: "Nawet nie próbuj, bo Ci wpier***i". Na ten czas mózg mój przestał odczytywać komunikaty werbalne, żebym wypił drugiego, bo do domu prosto nie pójdę. Wystarczyło jedno spojrzenie w stronę mitologicznej harpii, jedno niewłaściwe zachowanie a głowa ma poturlałaby się pod ławkę i w tak pięknych okolicznościach przyrody przeleżała pewnie do jesieni, kiedy to za zamiatanie by się wzięli. Ale na szczęście mądra głowa nie zrobiła fałszywego ruchu i ciągle jest na miejscu. Tak czy owak harpie mają piękne włosy i atakują tylko tych, którzy "grają w ciemne karty". Za to był włoski szampan. Też doobry.

sobota, 11 lipca 2009

tasia.

Przydałoby się w końcu wyjechać za tą granicę. Nie w celach zarobkowych, turystycznie. Istnieje tylko jeden problem logistyczny a mianowicie kompletacja. Wyjeżdżam teraz na dwa i pół dnia w miejsce gdzie nikt nie dba o bagaż, ściślej pisząc o to, co się ma w torbie. Tymczasem ja przed wsadzeniem ubrań do torby toczę długie rozważania co właściwie jest mi potrzebne a czego absolutnie nie zabierać. Biorąc pod uwagę niską przewidywalność pogody należałoby wziąć jakieś odzienie deszczoodporne. W moim mniemaniu jest to bluza z kapturem, bo przecież najważniejsze żeby na głowę nie leciało. Pal licho, że bawełniana. Do tego systemem push dobrałem po jednym t-shircie na dzień (nie, nie przerwałem żadnego na pół), więc muszę uważać przy jedzeniu bym się nie upyprał, bo nie wypada w gościach z plamą siedzieć. Bielizna po jednej sztuce na dzień - już mocz trzymam pewnie, nie tak jak za dawnych lat. Sweter haftowany do kościoła, bo przecież Pan musi widzieć nas w najpiękniejszych strojach. Podążając tym krokiem prawdopodobnie będę miał spory problem przed wyjazdem na dłuższy czas. Nie jestem pewien czy dobrze pamiętam, ale za czasów kolonijnych miałem taki jeden sposób na "noszenie się". Dnia pierwszego, podczas walki o miejsce w szafce pokojowej ociągałem się leżąc już na łożu a kiedy wszystkie półki były już zajęte z udawanym żalem stwierdzałem, że ja swoje szmaty będę trzymał w torbie. Najlepiej pod łóżkiem, żeby się nie kurzyły. Tym samym dostęp do tych ubrań, które znajdowały się na samym dole torby był bardzo utrudniony. Jak to na koloniach, wszyscy starają się unikać problemów, więc i ja tak robiłem, chodząc tylko w tych ubraniach, które zdołałem spod tego łózka wyszarpać. I tak wszystkie laski chciały ze mną tańczyć na dyskotece... Czasem tylko mieliśmy słabe oceny podczas kontroli czystości, lecz to na pewno nie za sprawą mojej tasi. Myślę, że gdybym się wybrał w miejsce, gdzie pot nie dokuczałby mi nadmiernie, mógłbym zastosować podobną technikę. Powinienem tylko wymyślić dla niej jakąś nazwę. Może taś&goł?

piątek, 10 lipca 2009

pull my hair.

Okej, zgodzę się - licencjata już mam. Do magistra zostały dwa miłe semestry. Dwa poprzednie uczciłem sobie tym oto mixem, choć do końca nie jest pewne, że drugi semestr jest tak naprawdę za mną. Ja jednak sądzę, że tak. Jeśli już jesteśmy przy sądzeniu to równie dobrze w pewnym towarzystwie mógłbym rzec, że wnet jestem doktorem, choć w ogóle tego typu zajęcie mnie nie interesuje. Ale mógłbym tak powiedzieć, nie? Tak samo z chorobami można mówić. Boli, więc to pewnie będzie schorzenie X, lecz co mnie tam. Się badał nie będę, bo wiem lepiej i dobrze mi z tym. Ludzie będą słuchali tego co ja mówię. Gdybym jeszcze miał pręgi po biczu na plecach z pewnością bardziej by mnie żałowali. I choć to ból o sile uszczypnięcia niemowlęcia to płaczę i łkam jak noworodek, byle tylko ktoś zwrócił na mnie uwagę. Są poważne wypadki, ale lepiej otoczyć się opieką medyczną z byle powodu, gdyż to może być oderwanie się zastawki mitralnej z cechami aktywnego zapalenie wsierdzia - nigdy nie wiadomo. Tak ludzie robią. Cudują, oj cudują...

poniedziałek, 6 lipca 2009

last race.

To już chyba było ostatnie wesele z naszym udziałem w tym roku. Parę niedociągnięć się pojawiło, ale nie wpłynęły na ogólną wartość uroczystości. Na przykład podczas ceremonii ślubnej wszyscy byli tak zauroczeni Parą Młodą, że zapomnieli łożyć na kościół, proboszcz się obszedł ze smakiem. Na szczęście wóz był słuszny: 300C SRT-8. Można by szybko dojechać na noc poślubną. A my (ci z boku) ciągle piękni, młodzi i bogaci. Tańczyć nie umiemy/nie lubimy/nie tańczymy i mimo to ciągle jesteśmy szczęśliwi. Impreza pod znakiem "miała nas rozdzielić starość a nie twoje chlanie", czyli zdrowo. W końcu otoczenie zobowiązuje - Górnośląskie Centrum Rehabilitacji. Chyba jednak już nie tacy młodzi, bo odpadliśmy dosyć wcześnie. Nie jesteśmy tacy na ciepło odporni, pomimo szczupłych sylwetek. Jeszcze możemy siedzieć na jednym kreśle. Poprawiny to ubaw największy od lat x. Nieme filmy z czasów młodości wujostwa oraz naszego, jeszcze tego sprzed molestowania lalek i prania się nawzajem. Zero gbura.
Jeszcze mała zagadka. Dlaczego mam tak nisko spodnie:
a) bo się najadłem i mi bęben urósł,
b) bom szkapa i nie mają się na czym trzymać.

środa, 1 lipca 2009

sznurek.

Rozmowa na temat stringów. Czy wykładowca uczelni wyższej winien pojawiać się w pracy w stringach? Jeśli jest to atrakcyjna pani doktor, grubo przed czterdziestką i z miła aparycja (chyba już o tym pisałem...) to moim zdaniem jak najbardziej powinna. Dodatkowym argumentem są spodnie, które ze względu na materiał, z których je zrobiono ze wszystkimi szczegółami oddają anatomię bielizny a w naszym przypadku jej prawie-brak. W każdym razie męska cześć widowni, to znaczy studentów, nie ma nic naprzeciw a damska jedynie z zazdrości optuje za barchanami i kalesonami. I tym oto płynnym sposobem przechodzę do tematu stringów męskich, moich męskich. Po raz pierwszy i ostatni stringi dostałem bodajże w drugiej klasie liceum, z okazji dnia chłopaka. Na szczęście nie tylko ja a wszyscy brzydcy. Oczywiście nigdy, ale to przenigdy nie miałem zamiaru ich ubierać. Aż do chwili, kiedy pewnego ranka zaglądnąłem do szuflady z bielizną. Leżały w niej tylko jakieś stare potargane bokserki i te nieszczęsne stringi. Wziąłem te drugie, bo zawsze lepiej czymś coś zakryć. Pech chciał, że akurat tego dnia mieliśmy zajęcia na basenie. Na widok moich wspaniałych majtek cała klasa wybuchnęła salwą śmiechu, choć tak naprawdę zazdrościli mi odwagi i zdecydowania w określeniu swojej orientacji, czy coś. Później już nigdy więcej ich nie założyłem, nie wiem nawet czy jeszcze je mam, ale ze względów sentymentalnych pewnie gdzieś tam leżą w kącie, czekają na lepsze dni. Pogoda teraz taka urocza, więc stringi noszę. Ale nie takie zwykłe. Mam bawełniane gacie od piżamy i jak się robi duszno (nie mylić ze śląskim porno) w nocy, w łóżku, to stosuję strategię adaptacyjną i tak zwijam ich tylną część, że powstają stringi. Takie pseudo, ale zawsze to w tyłek chłodniej. Nikt oprócz Najświętszej Panienki tego nie widzi, czyli nie sieję zgorszenia, jak to czasem ma miejsce w przestrzeni publicznej. Niektórzy pewnie uważają, że są na myspace. com i wszystko im wolno. Aha, gdyby ktoś nie wiedział, jak wyglądają omawiane majtki to przedstawiam przykład z galerii Christy Renee. Oczywiście trzeba w myślach, bądź nie, zwinąć sobie tylną część tak jak to wyżej opisałem. Moja mowa będzie krótka: choć ci niewygodnie, załóż stringi, e!

czwartek, 25 czerwca 2009

zapachy spod.

Trochę to niewdzięczny temat, ale chyba powinienem go poruszyć ze względu na moją wrażliwość węchową. Otóż posiadam taką dziwną przypadłość, że w miarę możliwości staram się poznać zapach przedmiotów codziennego użytku, które nie znajdują się w kręgu zainteresowania zwykłego człowieka. Chodzi o to, że wącham więcej niż inni, nawet wiedząc, iż narażam się na spotkanie z dosyć przykrym zapachem, wręcz lgnę do tych brzydkich. Po prostu mnie ciekawi jak co "daje". Na przykład: ostatnio w towarzystwie Mateusza wąchałem gąbkę do wycierania szyby w samochodzie, która reprezentuje siódmą klasę czystości. Czyn ten wzbudził okrutne zdziwienie, a przecież wypada wiedzieć co jak "kolbi", w razie gdyby trzeba było znaleźć źródło nieznajomego (nieznanego wcześniej) zapachu. Oczywiście, jakżeby inaczej, od razu zostałem zapytany czy kupę też wącham. To pytanie okazało się retorycznym, ponieważ powszechnie wiadomo, iż w toalecie specjalnie omawianego zmysłu wysilać nie trzeba. Teraz mogę podać inny przykład, potwierdzający moje rzekome niechlujstwo. Kilka dni temu, po skończonej jeździe (na rowerze - przyp. red.) wrzuciłem spocone ubrania do szafy, na kupę z innymi sportowymi. Zazwyczaj spocone jest synonimem śmierdzącego. I tym razem nie było inaczej. Wraz z dzisiejeszym podwyższeniem temperatur postanowiłem przywdziać wprost z szafy krótkie spodenki, które winny być czyste i pachnące a niestety stan ich pozostawiał coś do życzenia. Postanowiłem poddać je próbie o istotności 0,05 i wąchałem każdą z nogawek po pięć razy. Rezultat był zaskakujący: nogawka lewa śmierdziała dokładnie pięć razy, natomiast nogawka prawa ni razu. Zatem dzisiaj wyjątkowo zaprezentuję dwa motta:
1. Pierz swoje brudy we własnym domu,
2. Jak już musisz wejść do sklepu/tramwaju to się umyj i/lub użyj dezodorantu.
Bo później bywa tak, że sprawcy nie widać a smród jest.

niedziela, 21 czerwca 2009

romatische.

To była naprawdę romantyczna niedziela. Jeszcze przed 11 byłem na Księżej Górze w tą jakże słonecznie zapowiadającą się niedzielę. Czekałem na pana R., z którym udaliśmy się w błotnistą podróż do M., czyli jego Dąbrówki nie wiedzieć czemu zwanej Wielką. Cel był wręcz charytatywny, bo indeks to przecież taka mała cegiełka... nadziei. Tryskało błoto wprost na nasze śniade twarze a dziewczyny wydawały się wołać "Szybcy, zwinni, opaleni". Wycieczka zakończyła się uściskiem... dłoni i strzepnięciem resztek kapusty z koszulki. Gdybyśmy tylko mogli spędzić ze sobą trochę więcej czasu na pewno udałoby mi się go przeciągnąć na tą lepszą, lewą stronę. Nie dość miałem męskiego kontaktu i poprosiłem innego kolegę o spotkanie. Och, P. zgodził się bez tego standardowego mojego mizdrzenia się. W jego oczach widać pewność siebie i świadomość własnej wartości. Tym razem było bardziej romantycznie niż przed południem - deszcz zaczął padać na nasze umięśnione ramiona i można było poczuć wolę walki koło w koło, czy coś. Udaliśmy się w nieznane szukając tej góry wielkiej, by nasze wspomnienia rozpaliły się na nowo. Znaleźliśmy ten szczyt, ten wznios. Nawet te stare (nie młode) babcie, które wskazały nam okrężną drogę do celu nie zniechęciły nas do dojścia doń. Oby takie czasy trwały wiecznie. Ha ha, teraz można zadać tylko jedno pytanie: "You gay"? Napisałem to w takim tonie żeby było śmiesznie. Moja dziewczyna poświęca ostatni weekend dla zaliczenia ostatniego egzaminu na piątkę to ja mogę sobie pozwolić na chwileczkę zapomnienia się. Tak, zapomniałem się pisząc to. Znów zostanę zwyzywany. Ach, ta mniejszość zawsze ma pod górę. Teraz już tylko idź, idź do jej matki na niedziele.

sobota, 20 czerwca 2009

sesja.

Pewnie nikt nie lubi tego tematu, ale takie już jest życie studenta. Jak ktoś kiedyś powiedział: "Głębokość dupy w jakiej się znajdujesz podczas sesji jest wprost proporcjonalna do wielkości ch**a, którego przyłożyłeś na semestr". Może i coś w tym jest... Tak czy owak, wyróżnić można dwa główne nurty opisujące podejście studenta do sesji egzaminacyjnej. Pierwszy z nich to In for the kill, czyli student nadgorliwy, wręcz przejawiający zachowania kujońskie. Głównymi przedstawicielami tego kierunku są osoby płci pięknej. Piękne i mądre (pragnące wiedzy, także tej zdobywanej empirycznie)? Fiu, fiu, to ci dopiero... Osoby te rezygnują ze wszystkich rozrywek znanych ludzkości celem poświęcenia całej puli wolnego czasu nauce. Niestety z taką sytuacją spotykamy się bardzo rzadko, więc może przejdę odrazu do popularniejszego kierunku, czyli Heads will roll. Student leser. Potrafi znaleźć tysiące najbardziej znienawidzonych czynności i podjąć się ich wykonania byle tylko się nie uczyć. Posiada również umiejętność nic nie robienia w zamian za chociażby przyswojenie trzech stron materiału. Gdy nadchodzi słodki czas egzaminu a stan wiedzy sięga 4 punktów procentowych, szczerze się uśmiecha i myśli "a nuż się uda". Trudność egzaminu kwituje stwierdzeniem "żałuje, że się uczyłem". Bardzo mi się to podejście podoba i jak najbardziej jestem jego zwolennikiem/przedstawicielem. Od siebie mogę jeszcze dodać, że szkoda tylko benzyny na dojazd na uczelnie o zatorowej porze. Z pewnością jak to w nauce bywa istnieje również nurt łączący dwa poprzednie. Mathematics - student taki do jednego egzaminu przygotuje się wzorowo, bo akurat będzie miał takie widzimisię. Z kolei przygotowania do innego oleje, gdyż akurat będzie miał ciekawsze rzeczy do roboty. Jakoś się to wszystko kręci, uczelnie aprobują i należy się tylko cieszyć z bycia studentem.

czwartek, 18 czerwca 2009

Jak to się mówi: balls of steel? W każdym razie zazdroszczę odwagi i oczywiście samochodu. A te "szczały" z wydechu...

niedziela, 14 czerwca 2009

rady cioci basi.

Pomimo, iż Polska całkiem dobrze radzi (jeszcze) sobie w kryzysie gospodarczym to zawsze warto szukać sposobów na oszczędzanie. Oto kilka praktycznych rad, z których można skorzystać w domu i na wczasach:
  1. popularny sposób na zrobienie z wanny jeziora. Napuszczamy wody tak dużo jak tylko się da. Najpierw do kąpieli przystępuje kobieta, jeśli takowa w rodzinie występuje. Kobieta pierwsza, gdyż jej skóra najwrażliwsza jest. Gdy już brud cały z siebie zmyje do wanny wpuszcza dziecko, bo ono przecież różnicy i tak nie zauważy - ważne, żęby w wodzie siedzieć. Czasem nawet sie wysika, więc jest zabawa. Po dziecku/dzieciach wchodzi stary, czyli ojciec. Niestety, jak już ojciec się wykąpie to woda nie nadaje się do niczego i trzeba ją wylać. Niemniej oszczędność jest jak się patrzy.
  2. Nieodłącznym akcesorium kąpieli jest oczywiście ręcznik. Tutaj też istnieje duże pole do popisu. Najhigieniczniej byłoby mieć przynajmniej dwa ręczniki dla jednej osoby - do twarzy i reszty ciała. Problem pojawia się, gdy model rodziny 2+x, gdzie x>1. W ten czas liczba ręczników winna wynosić minimum sześć a żeby wyprać taką ilość trzeba by wypełnić nimi cały bęben pralki. To już się nie kalkuluje, bo przecież nie po to trzy osoby kąpały się w jednej wodzie. Sposób jest taki: jedna osoba może mieć dwa reprezentacyjne ręczniki a cała reszta dla niepoznaki jeden i ten sam. Swój swego nie wyświni.
  3. Metoda dla ekstremistów: podcierać się zużytmi husteczkami hignienicznymi. Już spieszę wyjaśnić na czym polega. Wszyscy smarkają w papierowe trzywarstwowe husteczki higieniczne a po zakończeniu, czyli zapełnieniu całej powierzchni wydzieliną z nosa, rozkładają je na płasko na kaloryferze. Po wyschnięciu można ich użyć jako listków do podcierania. Bardzo innowacyjne.
  4. Skarpety. Zazwyczaj po całym dniu śmierdzą. Damskie skarpetki jakby mniej. Dlatego jeśli w rodzinie jest dorosła córka to znoszone skarpety może oddać braciom lub staremu do donoszenia. W końcu ich stopy pocą się w takim tempie, że po 10 minutach noszenia nie ma śladu po ich świeżości, więc po co przepłacać...
Na razie tyle. Jak ktoś ma swoje pomysły to proszę się nie krępować.

sobota, 13 czerwca 2009

powieś(ć).

Oni mówią: "Chodźże z nami, będziesz jechał na Scale'u". Poniedziałki nie należą do dni radosnych, wesołych. Tamtego dnia i ja nie byłem najszczęśliwszy. Nie chciało mi się z nimi gadać, choć pewnie i tak wcale ich nie obchodziło co się ze mną dzieje. Cały dzień mija na robocie - dobrze, że w ogóle jeszcze mamy jakieś zlecenia. Dobrze, dla kolegów, bo mnie to już praktycznie nie dotyczy. Fajrant. Jadę do domu. Żona wita mnie czule, nie wie, co czuję. Po obiedzie pragnę tego ostatniego spaceru, zaczerpnąć leśnego powietrza. Małżonka prosi, żebym dzieckiem się zajął choć chwilę, wnet nie pozna ojce. Racja, nie pozna. Zakładam waciak i biorę jabłko na drogę. Pierwsze drzewa zaczynają się kilkadziesiąt metrów za chałupą. Anka krzyczy jeszcze przez okno: "Nie idźże! Jeszcze i Tobie się coś stanie...". Macham reką i poprawiam kurtę. Czy ona się kiedykolwiek zapytała czego ja chcę? Może ja czekam na jakieś nieszczęście. Dzisiaj już nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Przecież wyszedłem napawać się przyrodą. Spróbuję się zgubić w tym cholernym lesie, choć pewnie i tak się nie uda. Nigdy się nie udaje. Ha, przynajmniej znalazłem miejsce, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Trochę to niepokojącę - dziwny zapach i regularne trzeszczenie gałęzi. To jest moja szansa - pomyślałem. Wreszcie coś mi się stanie i ktoś naprawde zainteresuje się moim losem. Zaczerpnąłem podwójną dawkę powietrza i wszedłem między wysokie krzaki. Po paru krokach ujrzałem ogromną polanę a na środku trzy brzozy. Zaciekawiłem się, gdyż był to las iglasty z przewagą sosen. Podszedłem jeszcze bliżej i wtedy zobaczyłem... Ciało mężczyzny zwisające z gałężi na metalowej linie. Niby tyle się tego ogląda na filmach, ale jednak swoje zwymiotowałem. Robiło się coraz ciemniej, więc wyciągnąłem tylko telefon by zrobić zdjęcie jako dowód dla żony i udałem się w drogę powrotną upewniając się, że nikt mnie nie obserwuje. Starałem się zapamiętać drogę, bo niewykluczone, że tam wrócę. Do domu wszedłem spocony, gdyż waciak jednak był nieodpowiedni na tę pogodę. Pierwsze co zrobiłem to pokazałem Ance zdjęcie. Z przerażenia aż usiadła. Kazała piorunem dzwonić na policję. Tymczasem stan konta wynosił zero a ona się nabrała, że zadzwonić nie można. Wtedy wpadł mi do głowy ten wspaniały pomysł... Poszedłem się szybko wykąpać, bo kolacja już na stole czeka. Trzeba czym prędzej zasnąć, żeby już było jutro. Jeszcze tylko małe przytulanie i całowanie w łózku. No, nareszcie zasnęła. Ja jeszcze dopracuję mój wspaniałomyślny plan. Nazajutrz wstałem godzinę wcześniej niż zwykle. Żona zaczęła coś podejrzewać, ale wykręciłem się tym, że chciałem jej zrobić śniadanie. Niech ma dziewczyna miłe wspomnienia. Wyjechałem do pracy, ale do niej nie trafiłem. Za ostatnim domem skręciłem do lasu i udałem się na miejsce, w którym znalazłem wsielca. W plecaku ze śniadaniem miałem sznur. Teraz już mnie nikt nie powstrzyma. Dotarłwszy na miejsce zobaczyłem coś bardziej przerażającego niż dnia poprzedniego. Truchło leżało na trawie, ale liny już nie było. Wiedziałem, że w takich sytuacjach trzeba mieć swój sprzęt, bo nigdy nie wiesz... Zawiesiłem linę na tej samej gałęzi co mój poprzednik, z tą różnicą, że jemu ktoś z pewnością pomagał. Wszedłem na drzewo, usiadłem na gałęzi, założyłem pętlę na szyję. Ostatnią moją myślą było: "Przynajmniej nie będę tu sam"... Annie zostawiłem zdjęcie na pamiątkę.